-Mówiłem, że tata Ci pozwoli? W sumie nie jest taki straszny- Jeydon uśmiechnął się do mnie.
-Przestań, nie było łatwo. W zamian za to codziennie będę musiała do niego dzwonić- usiadłam obok niego na łóżku.
-Ale tylko raz dziennie- znów się wyszczerzył.- Pomyśl, co by było, gdybyś musiała dzwonić kilka razy dziennie.
-No tak. Dobra nie ważne- zaczęłam zmieniać temat. Męczyła mnie ta cała rozmowa z tatą. Gdybym sama musiała go przekonywać, w życiu by mnie nie puścił. Był nieugięty prawie do samego końca. Nie chciał słuchać nawet Sama, który powiedział, że jestem przecież bardziej odpowiedzialna od niego, za co został ukarany karcącym spojrzeniem Leah.- Boże, ja się przecież nie zmieszczę do jednej walizki!- Oburzyłam się, wchodząc do garderoby.
-Spokojnie, kotku, to tylko tydzień- Jeydon wszedł za mną, objął mnie od tyłu i pocałował w szyję.
-Oj Jeydon, nie teraz. To nie jest śmieszne. Nawet nie wiem, co będziemy tam robić.
-W sumie to co tutaj- odparł całkiem poważnie Jeydon, rozkładając się na fotelu pod szafką z butami.- Mamy osobny apartament niedaleko domu Justina, a Pattie będzie miała na nas oko.
-Zawsze zastanawiałam się, dlaczego mówicie do niej po imieniu.
-Powiedziała nam, że wcale nie jest taka stara, żeby mówić jej na pani i kazała nam mówić sobie po imieniu.
-Aha... Jeydon no... Co ja tam mam zabrać?
-Zabierz to, w czym tutaj chodzisz codziennie... Chociaż dla mnie nie musisz zabierać niczego. -Najlepiej wyglądasz w mojej za dużej koszulce- uśmiechnął się łobuzersko.
-Nie pomagasz mi...- Westchnęłam.- A co ja mam niby zabrać ze sobą na tą całą galę?
-Jej, kotku, nie wiem. Weź to, co uważasz za stosowne. Jakąś sukienkę... Najwyżej kupimy coś na miejscu.
-Zwariowałeś? Wiesz ile taka sukienka może kosztować?
-Pewnie sporo, ale czego nie robi się dla swojej dziewczyny?- Zapytał i podszedł do mnie, lekko mnie obejmując.
-Jesteś nienormalny- odsunęłam się od niego i otworzyłam wielką walizkę.- O której jutro mamy ten samolot?
-O siódmej wieczorem, ale już o piątej musimy być na lotnisku.
-O Jezu... Ja nie jestem jeszcze spakowana.
-Zdążysz.
-Pewnie- uniosłam lekko brwi, wpatrując się w zawartość swojej szafy.- Wiesz co? Chyba zapytam Leah czy mi pomoże. I zadzwonię do Cait. One pewnie się już spakowała. A Ty w tym czasie pogadasz z chłopakami, hm?
-Ale...
-Są u Sama w pokoju- musnęłam jego usta.
-Jeśli myślisz, że TO mi wystarczy...- Przerwałam mu pocałunkiem.
-Może być? Kotek, naprawdę muszę się jeszcze dziś spakować.
-Jasne...- Wyszedł z mojego pokoju.
-Leah!- Wydarłam się.- Błagam, pomocy!
-Coś się stało?- Zapytała, wychodząc z łazienki na korytarzu.
-Musisz mi pomóc. Nie wiem co mam zabrać.
-Ok- uśmiechnęła się.
-I wiesz co? Zadzwonię jeszcze do Cait. Zapytam, co ona spakowała.
-Super- weszła do mojej garderoby, a ja zadzwoniłam do Cait.
-Cait? Błagam, powiedz, co Ty tam spakowałaś.
-Cześć Amy, ja też cieszę się, że wreszcie dzwonisz- zaśmiała się,
-Jeju, na śmierć zapomniałam. Cait, przepraszam...
-Spoko- przerwała mi.- Gdyby Jus przyjechał, też zapomniałabym o bożym świecie. Wracając do tematu, to hmmm... Spakowałam bieliznę, czyste ręczniki, kosmetyki, prostownicę itp., ubrania...
-No tak, ubrania, tylko jakie?
-Nooo, stwierdziłam, ze nie mam żadnej sukienki na tę okazję i że kupię coś na miejscu. W końcu nie po to tyle oszczędzałam... A poza tym wzięłam kilka bokserek, leginsy, rurki, kardigany... No, rzeczy w których chodzę na co dzień. Stwierdziliśmy z Justinem, że nie będziemy się bawić w zwiedzania miasta.
-Aha. Kurcze, trochę żałuję, że przez ten czas nie będziemy mieszkać razem. Ale w sumie to dobrze. Spędzisz więcej czasu z Justinem.
-Mhm- odparła.
-Dobra, ja kończę. Pa, mycho.
-Pa- rozłączyła się.
-Ok, to już wszystko wiem- zwróciłam się do Leah.- Muszę spakować to, w czym chodzę tutaj na co dzień. Muszę też spakować coś extra, bo muszę podobać się Jeydonowi. No i pozostaje kwestia sukienki na galę, a śmiem stwierdzić, że nic takiego nie mam. Przecież nie pójdę w letniej sukience w kwiatki, albo w tej czarnej- zdjęłam ją z wieszaka- w której byłam na rozpoczęciu roku.
-Hmmm... Może pojedziemy coś kupić?- Zaproponowała Leah.
-Świetny pomysł. Tylko jest jeden problem. W pobliżu stu kilometrów nie ma żadnego sklepu z ciuchami na taką okazję.
-No to nie wiem. Może kupisz coś na miejscu?
-To chyba będzie najlepszy pomysł. Tylko jest problem. Ja kompletnie nie wiem, co na taką okazję włożyć.
-To musi być coś powalającego, ale jednocześnie skromnego. Będąc u boku Jeydona nie możesz przyćmiewać blasku innych gwiazd.
-Jeju, to jest takie dziwne. Po raz pierwszy w życiu będę uczestniczyć w takim wydarzeniu. No i będę chodzić po czerwonym dywanie- wyszczerzyłam się.
-Szczęściara- zaśmiała się Leah.
-Wcale nie... No, może trochę- stwierdziłam z uśmiechem.- Ale to tylko dlatego, że jestem z Jeydonem. Gdybym była z kimś innym, pewnie nikt by nawet na mnie nie spojrzał.
-No jasne, jesteś tak ładna, że pewnie nikt by na Ciebie nie spojrzał.
-Onieśmielasz mnie.
-Ok, jesteś brzydsza od Seleny Gomez.
-Może być- zaśmiałam się.
-W sumie ja też nie mam źle- zmieniła temat.- Sam nie jest taki zły. No ale mógłby się postarać, żebym mogła chodzić po czerwonym dywanie...
-Bardzo się cieszę, kochanie. Jeszcze dziś w moim pokoju rozłożę czerwony dywan- Sam wszedł do mojej garderoby, a zaraz po nim pojawił się w niej Jeydon.- Będzie nawet różowy, jeśli sobie tego życzysz- podszedł do niej od tyłu i pocałował ją w czubek głowy.
-Jeszcze się nie spakowałaś?- Zapytał Jeydon, siadając w fotelu.
-Ja jeszcze nawet nie zaczęłam. Jeydon, nie mam sukienki. Ja nawet nie wiem, w co się ubrać na taką galę. To jest bez sens. Nie mogłeś zabrać kogoś innego?
-Przykro mi kochanie, ale nie mam dziesięciu dziewczyn. Ale pomyśle nad tym. Na każdą galę będę brał inną. Nie pokażę się z żadną dwa razy.
-Bardzo śmieszne.
-No ale przecież to jest śmieszne. Czu Ty jedziesz na wycieczkę dookoła świata, czy lecisz ze mną do Atlanty? Mówiłem Ci już, ze nie będziemy tam robić nic szczególnego. No chyba, że masz w planach zwiedzanie całego miasta, czy coś w tym stylu... A na galę po prostu ubierz jakąś sukienkę. A jak nie wiesz jaka, to poprosimy stylistkę Justina, żeby pomogła nam coś wybrać, ok?
-Kotku, może zostawimy smarkaczy i pójdziemy do mnie?- Sam zapytał Leah.
-Ok- odparła Leah z uśmiechem.
-Ja Ci dam smarkaczy- zaśmiał się Jeydon.- Żebym nie musiał wózka pchać.
-Nie wiem czy dasz radę, stary, bo to będą trojaczki- Sam wystawił język do Jeydona i poszedł z Leah do swojego pokoju.
-Nareszcie sami- Jeydon wstał z fotela.- może Ci pomogę?
-No ok...- Westchnęłam.
Po jakiejś godzinie byłam spakowana. W sumie miałam w walizce o samo, co Cait. Może zawartość mojego bagażu różniła się drobiazgami. Jeydon rozłożył się na moim łóżku, a ja usiadłam „po turecku” obok niego.
-Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że będziemy tam razem, bez nikogo, przez cały tydzień- oznajmił Jeydon, chwytając kosmyk moich włosów.
-Ja też się cieszę. W ogóle to jakiś cud, że nasi rodzice zgodzili się na jeden wspólny pokój.
-Moi od razu wiedzieli, że nie będę chciał nawet słyszeć o osobnych. Przecież i tak bym ich nie posłuchał. To byłoby absurdalne. Miałbym jechać na tydzień ze swoją dziewczyną do Atlanty i spać w osobnym pokoju? Nonsens.
-Jesteś nienormalny.
-Jakbym nie wiedział- odparł Jeydon z uśmiechem.- Dostanę buziaka?
-Nie.
-Co? Dlaczego?
-Bo jesteś niegrzeczny. Myślisz o samych zbereźnych rzeczach.
-Skarbie, ja myślę tylko o Tobie- wyszczerzył się.- To nie moja wina, ze tak na mnie działasz. I chcę buziaka.
-Nie.
-Powiedziałem, że masz mi dać buziaka.
-Ok- musnęłam jego policzek.
-To było chamskie- odwrócił się do mnie plecami.- Bardzo chamskie. I chyba się pogniewamy. Jesteś okropna.
-I wredna, kochanie- uśmiechnęłam się, przypominając sobie jego kąpiel.
-Tak, to też. Całkiem zapomniałem- odwrócił się na chwilę. Patrzył na mnie obrażonym wzrokiem, ale po pięciu sekundach się roześmiał.
-Nie mogę. Dlaczego musisz tak na mnie działać? Nawet obrazić się na Ciebie nie mogę Bezsens- podniósł się na rękach i musnął moje usta.- Na zgodę?
-Hmmm... Więc już nie jestem wredna, zła, okropna i w ogóle?
-Muszę się zastanowić... Nie- znowu musnął moje usta.- Wiesz, że nie mamy miejsca w samolocie obok Cait?
-Dlaczego?
-Bo nie było. I tak sobie pomyślałem, że jeśli chcesz, to ja niechętnie, ale zamienię się z Cait miejscami, tak, byście mogły siedzieć obok siebie.
-Nie, no coś Ty. Spróbujemy się z kimś zamienić. Ktoś musi się zgodzić.
-Ok. Ale gdyby jednak...
-Dobra, pomyślimy, jak nie będzie się dało nic zrobić. Ty się już spakowałeś?
-Nie.
-Zdążysz do jutra? Jest już późno.
Jeydon spojrzał na zegarek.
-Rzeczywiście. Amy...- Uśmiechnął się łobuzersko.
-Co Ty znowu kombinujesz?
-A może pojedziesz ze mną?
-A może nie? Jeydon musimy się wyspać.-
-W samolocie się wyśpimy.
-Kotek, nie chcę nadużywać zaufania taty. To naprawdę jest niemożliwe, że on się zgodził. Proszę Cię...
-Ok, rozumiem. Ale w samolocie chcę namiętnego buziaka, najlepiej takiego, który rozwścieczy jakąś starszą panią- zagryzł wargę, ujął moją twarz w dłoniach i pocałował mnie delikatnie.
-Uwielbiam Twój kolczyk- stwierdziłam, gdy skończył.
-A ja myślałem, że mój język, ale ok- udał obrażonego.
-Twój język jest cudowny- lekko musnęłam jego usta- ale kolczyk uwielbiam- uśmiechnęłam się.
-A ja uwielbiam Twój uśmiech... Oczy... Ciało... Włosy... Całą Cię uwielbiam...- mruczał, całując mnie delikatnie.- I bardzo Cię kocham- oznajmił patrząc mi w oczy.
-Ja Ciebie też- wpiłam się w jego usta.
Rano obudziły mnie wrzaski z sąsiedniego pokoju. Spojrzałam na zegar. 7:27. Super... Mój brat nie ma co robić ze swoją dziewczyna o 7 rano.
Przewróciłam się na drugi bok, próbując znowu zasnąć. Niestety, bezskutecznie. W końcu stwierdziłam, ze i tak nie zasnę. Leniuchowanie też nie było najlepszym pomysłem. Czas będzie tylko uciekał, a mnie tym bardziej nie będzie się nic chciało. Ubrałam szlafrok i zeszłam do kuchni. Włączyłam ekspres do kawy i otworzyłam pojemnik, w którym zwykle trzymamy pieczywo. Ku mojemu niemiłemu zaskoczeniu, nie znalazłam nawet okruszków. „Śniadanie wszyscy będą chcieli zjeść, a po pieczywo i tak nikomu nie będzie się chciało iść”- stwierdziłam smutno. Poszłam na górę, ubrałam się, zrobiłam lekki makijaż, wzięłam pieniądze i „skoczyłam” do sklepu po bułki. Ledwo prześcignęłam deszcz. Wpadłam do domu, trzasnęłam drzwiami i w tym samym momencie zaczęła się ulewa.
Sam i Leah siedzieli na sofie w salonie.
-No tak, gołąbki przed telewizorem, a ja muszę zamiatać po bułki.
-Sory, miałem zrobić wczoraj zakupy- Sam rzucił na odczepne i zajął się całowaniem szyi Leah.
-Lepiej liczyć na myszy niż na własnego brata- mruknęłam pod nosem. Zrobiłam sobie płatki (co było totalnym bezsensem, bo poszłam do sklepu po pieczywo, by móc zrobić sobie śniadanie), zjadłam, posprzątałam po sobie i poszłam do siebie. Sprawdziłam, czy na pewno wszystko mam spakowane, spakowałam torbę podręczną, rzuciłam się na łóżko i zadzwoniłam do Jeydona.
-Tak?
-Cześć, to ja- zaczęłam.
-Co się stało?
-Nic, co się miało stać?
-Nie wiem, ale masz taki smutny głos...
-Wydaje Ci się. Spakowałeś się już?
-Tak, wczoraj.
-Jedziesz jeszcze do rodziców?
-Mhm.
-Aha.
-Chcesz jechać ze mną?
-Nie, Twoi rodzice pewnie będą się chcieli z Tobą pożegnać, a ja tylko będę się czuć niepotrzebna... Wpadniesz po mnie?- Zapytałam, zmieniając temat.
-Jasne.
-Jeydon... Kocham Cię.
-Jezu, powiedziałaś to tak, jakbyś zaraz miała umrzeć- westchnął.- Na pewno nic się nie stało?
-No przecież Ci mówię, że nie.
-Ok. Ja też bardzo Cię kocham. Skarbie muszę kończyć, bo jadę do chłopaków, a potem do rodziców. Wpadnę po Ciebie około 4 po południu, dobrze?
-Dobrze.
-No, to trzymaj się, pa.
-Pa- rozłączyłam się.
Nienawidzę siedzieć sama w pokoju, ale nie zejdę na dół, nie chcę przeszkadzać Samowi i Leah. Po chwili wpadłam na pomysł, że zadzwonię do Cait.
-No hej.
-Cześć Cait. Spakowana?
-Mhm. Sprawdziłam już chyba trzy razy, czy wszystko mam.
-Ja też. Co teraz robisz?
-Cholernie się nudzę. Chris poszedł z Ryanem, Chazem i Jeydonem na miasto, więc nie mam nawet kogo wkurzać. A Ty?
-Też się strasznie nudzę. Sam i Leah siedzą w salonie, ale nie chcę im przeszkadzać. Nawet nie wiem, czy tata jest w domu. Może wpadniesz?
-Spoko. O której?
-Teraz? Zaraz?
-Ok. To do zobaczenia.
-No, pa- rozłączyłam się. Ogarnęłam trochę w pokoju i włączyłam MTV. Leciały reklamy. Nagle moją uwagę przykuła reklama Bożonarodzeniowej gali.
` Zapraszamy na Bożonarodzeniową galę rozdania nagród! Wystąpią między innymi: Justin Bieber z nową twarzą Jeydonem Wale z doskonałym, Bożonarodzeniowym przebojem, Rihanna, Drake, Usher, Jay-Z, Shakira, Jennifer Lopez, Pitbulll...`
-A, leci już od tygodnia- Cait weszła do mojego pokoju.
-Hej- usmiechnęłam się i objęłam Cait na powitanie.- Zadowolona?
-Z czego?- Zapytała zdziwiona.
-No z tego, że dziś lecimy do Atlanty.
-Jak najbardziej- zaśmiała się.- Justin wysłał mi dzisiaj plan zajęć na cały tydzień. Przytoczyć?
-Oczywiście- odparłam ze śmiechem.
-W wielkim skrócie nie będziemy nigdzie wychodzić, tylko odpoczywać w domu.
-No to bardzo ciekawie. Przywieźcie mi pamiątki- zaśmiałam się.
-Jasne. A tak całkiem poważnie to strasznie się cieszę, że już dzisiaj zobaczę Justina. Tak bardzo się za nim stęskniłam...
-Skąd ja to znam- uśmiechnęłam się.- No i biorąc pod uwagę to, że jedziesz tam bez Chrisa...
-To jest chyba w tym wszystkim najfajniejsze... Jejku, tak mi się nudziło w domu... Już się nie mogę doczekać wyjazdu na lotnisko.
-W sumie ja też, tylko... Ja strasznie boję się latania...
-Serio?- Cait wybałuszyła na mnie oczy.
-Nooo...
-Weź nie żartuj. Przecież nie ma się czego bać. Ja leciałam już tyle razy samolotem i nadal żyję. Poproszę Jeydona, żeby potrzymał Cię za rękę- dodała z cwaniackim uśmiechem.
-Ty się już nie nabijaj.
-Ok, ok. Ale naprawdę nie ma się czego bać.
-Jeydon, ja tam nie wejdę- odparłam sanowczo już chyba po raz piętnasty, gdy Jeydon próbował mnie wepchnąć na schody prowadzące na pokład samolotu.
-Amy, Ty uparciuchu, blokujesz cały ruch- warknął wściekły.- Jak zaraz się nie ruszysz, wepchnę Cię tam siłą.
-Nie wsiądę do latającej trumny! Nigdzie nie lecę! Zrozumiałeś? NIE LECĘ! Nie dam się zabić. Ja chcę jeszcze żyć!
-Skończ panikować- Jeydon podniósł na mnie głos.
-Nie krzycz na mnie! Ja nie chcę umierać!- Krzyknęłam, a starsza pani za mną spojrzała na mnie z politowaniem. Ktoś z tyłu kolejki krzyknął:
-Mógłby ktoś coś zrobić z tą wariatką?! Spóźnię się na konferencję, jeśli ten samolot zaraz nie wystartuje!
-Na miłość boską, nie będę się z Tobą patyczkować! W tej chwili rusz przed siebie.
-Nie!
-Zaraz ja Cię zabiję...
-Proszę bardzo.
-Sama tego chciałaś!- Jeydon przerzucił mnie przez ramię i wniósł mnie na pokład samolotu. Próbowałam się wyrwać, ale nie dałam rady. Jeydon przypiął mnie pasami do fotela i na wszelki wypadek mocno trzymał mnie za ręce.
-Nienawidzę Cie...
-Kiedyś mi za to podziękujesz...
Przez cały lot nie odzywałam się do Jeydona. W pewnym momencie z głośnika dobiegł komunikat:
-Drodzy pasażerowie, mamy pewne komplikacje. Bardzo proszę nie panikować i zachować spokój, samolot będzie miał chwilowe turbulencje...
-Mówiłam?! Mówiłam?! To wszystko przez Ciebie! To ty nas tutaj wepchnąłeś!
-Uspokój się, bo zaraz nie zdążysz przeżyć eksplozji tego samolotu- warknął Jeydon i pociągnął mnie za głowę tak, bym schowała ją między nogami, o co wcześniej prosiła stewardessa.
-Wszyscy zginiemy...- zaczęłam płakać.- A ja głupia, chciałam świecić na czerwonym dywanie...
-Amy możesz przestać?!- Krzyknął wściekły Jeydon.
-Jeydon ja się boję- zaczęłam wyć jak nienormalna.
- Drodzy państwo, jeszcze raz przepraszamy za dodatkowe stresy związane z lotem, ale jest już po wszystkim. Mogą państwo z powrotem przyjąć wygodne pozycje...`
-Musiałaś tak panikować?! Cały samolot się na nas patrzy. Ja już nigdy więcej nigdzie z Tobą nie jadę! Jesteś nienormalna!- Krzyczał Jeydon, a ja nadal szlochałam, nie mogąc się uspokoić. Zachowałam się jak debilka, ale tak strasznie się bałam, że zaraz się rozbijemy, że umrę, że nigdy nie zobaczę Sama i taty, i wszystkich innych...
Całą drogę do apartamentu Justina milczeliśmy. Podobnie zresztą jak przez drogę do naszego apartamentu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz