Rano obudziłam się w łóżku Jeydona, wtulona w zapach jego pościeli. Na mojej talii spoczywała jego ręka. Przez rolety leniwie wpraszało się słońce, muskając moją twarz promykami. Spojrzałam na Jeydona. Spał, oddychając równo i spokojnie. Zdjęłam delikatnie jego rękę i cicho wyszłam z łóżka.
-Gdzie idziesz? Nie uciekaj- mruknął, nie otwierając oczu.
-Nie uciekam- odparłam, opierając się o framugę drzwi.- Idę się napić. Przynieść Ci też?
-Jeśli możesz...- Spojrzał na mnie.- Wow.
-Co?- Zapytałam zdziwiona.
-Wyjdź.
-Co?!
-No wyjdź. Rozpraszasz mnie- przygryzł dolną wargę.
-Rozpraszam?
-No. Ja tu próbuję zasnąć, a Ty bezczelnie mnie kusisz- odparł z uśmiechem.
-Jesteś nienormalny- stwierdziłam i zeszłam do kuchni.
Wyjrzałam przez okno. Sobotni poranek. Miasto powoli budziło się do życia. Jakiś pan wypakowywał nową dostawę doniczek do kwiaciarni, pewna pani otwierała bar, do którego chodzę z Cait na shake'i, matka z dzieckiem wsiadała do samochodu... W pewnym momencie pomyślałam, że jestem szczęśliwa. Mam w sumie w życiu wszystko. Nigdy nie załamałam się\ po śmierci mamy, choć na początku nie zdawałam sobie sprawy, że ona nigdy nie wróci. W zasadzie niewiele z tego pamiętam, miałam 5 lat, gdy zmarła. Tata z babcią zawsze starali się zapewnić mi i Samowi wszystko, czego potrzebowaliśmy. Nigdy też nie odczuwaliśmy od rówieśników tego, że oni są w czymś lepsi, bo przecież mają mamy. Nie pamiętam dokładnie, jak wyglądała mama, ale wiem, że bez względu na wszystko się uśmiechała. Podobno nawet gdy umarła, miała na twarzy uśmiech. A teraz? Mam tatę, babcię, Sama i oczywiście Jeydona. Oni bardzo mnie kochają. Mam wspaniałą przyjaciółkę Cait, no i chłopaków. Każdego lubię za co innego. Z Ryanem dogaduję się tak, jakbym znała go od dzieciństwa, no i on zawsze potrafi mnie pocieszyć. Chaz jest cichy, ale zawsze mogę mu wszystko powiedzieć, a on zawsze mnie wysłucha. Chris zawsze wkurza Cait, a ja czasami nawet żałuję, że nie mam młodszego brata, bo te sprzeczki są całkiem zabawne. Justin też w sumie jest całkiem ok. Tak więc mam wszystko, o czym mogłabym zamarzyć. Dom, rodzinę, przyjaciół, jedzenie. Powinnam być szczęśliwa... I taka czuję się w stu procentach.
Odeszłam od okna, rozlałam wodę do szklanek (jedyne co Jeydon miał w lodówce, to światło i niegazowana woda mineralna) i wróciłam na górę. Jeydon spał wtulony twarzą w poduszkę. Postawiłam szklanki na stoliku i wsunęłam się do łózka.
-Już jesteś?
-Mhm.
-Myślałem, że mi się przyśniło.
-W takim razie miałbyś fajny sen- odparłam i wtuliłam się w niego.
-Już nie potrzebuję snów z Tobą, bo mam Cię przy sobie- mruknął i pocałował mnie delikatnie.
-Kiedy znowu wyjeżdżasz?
-Tydzień przed świętami. Ale przecież lecisz ze mną.
-Jeśli tata pozwoli...
-Zostaw to mnie- Jeydon pocałował mnie w czubek głowy.
-Jeyyydooon- powiedziałam przeciągle, wtulając się w niego jeszcze bardziej.
-Zaraz mnie zepchniesz z łóżka- zaśmiał się.- Jestem tu. Nigdzie Ci nie uciekam.
-To dobrze- odsunęłam się nieznacznie i wyciągnęłam głowę domagając się buziaka. Jeydon musnął moje usta.
-Może być?- Zapytał, patrząc na moją niezadowoloną minę.
-Tylko taki?
-A taki może być?- Musnął moje usta, a potem delikatnie wsunął język do moich ust. Zrobiłam to samo. Najpierw całował mnie delikatnie, a potem coraz bardziej namiętnie. Na zmianę wplatał mi dłonie we włosy lub błądził nimi po moich plecach. Nasze oddechy stawały się coraz płytsze. Gdy moje ręce powędrowały, by zdjąć jego koszulkę, Jeydon przerwał.
-O co chodzi?
-Nie wiem, czy powinniśmy to robić... Nie chciałbym Cię skrzywdzić, zbyt wiele dla mnie znaczysz... Po tym, co było wczoraj...
-Jeydon, mieliśmy o tym zapomnieć, tak? Przecież nic takiego nie robiliśmy, tylko się całowaliśmy...
-No tak, ale za chwilę to się może przerodzić w coś innego... Nie chcę robić czegoś nieodpowiedniego...
-Jeśli coś będzie nie tak, to Ci powiem, ok?
-Ok- odparł Jeydon i szybkim ruchem ściągnął koszulkę. Usiadłam na nim okrakiem, a on zaczął całować mój dekolt. Zauważyłam, że jego sylwetka bardzo się zmieniła. Miał lepiej wyrzeźbioną klatkę piersiową, „kaloryfer” na brzuchu i silne ręce. Zmienił się także z wyglądu na twarzy, czego nie było bardzo widać przez kamerkę w komputerze. Miał ostrzejsze rysy twarzy, a w jego oczach był jakiś taki niesamowity błysk.
Nagle zadzwonił telefon Jeydona.
-Odbierz...
-Po co? Jak coś chcą, to zadzwonią jeszcze raz...
-Jeydon. Może to Twoja mama...
-Jezu- westchnął Jeydon i nie zdejmując mnie z siebie wstał. Jedną ręką mnie przytrzymał a drugą sięgnął po telefon. Zerknął na telefon.- Zawsze musisz mieć rację?
-Kobieca intuicja kotku- uśmiechnęłam się.
-Tak?- Jeydon odebrał telefon i usiadł ze mną na łóżku.- No... Już nie... Tak... Amy jest u mnie... Bo jedziemy na zakupy... Mamo nie mam nic w lodówce... Nie, jestem już duży, potrafię sobie sam zrobić zakupy... Tak... Nie... Mamo nie chcę obiadu... Tak... Powiedz Hailey, że mam dla niej prezent i że zabiorę ja przed południem na plac zabaw... Do dziadków? Ok, wezmę Hailey... Pojedziemy z Amy... Tak, zaproszę ją na obiad... Ok... mamo muszę kończyć... Nie, jesteśmy grzeczni... Mamo kończę, Amy się zapoci... Bo stoi w korytarzu... Mamo wychodzimy, to po co mam ją wpuszczać do środka? Mamoooo... Pa... Mówię pa... Wyłącz się, bo kończę... Pa.
-Mama?
-No raczej.
-I jedziemy teraz na zakupy? Zapocę się?- Wybuchnęłam śmiechem.
-Ale śmieszne. Jak chcesz, to zaraz mogę sprawić, że się spocisz- spojrzał na mnie łobuzerskim wzrokiem.
-Świnia- uderzyłam go w ramię.
-Ja? O Ty...- Zaczął mnie łaskotać.
-Jeydon! Jeydon nie! Przestań!- Piszczałam, ale on w ogóle nie przestawał. Gdy starałam się nie reagować, położył mnie na łóżku i nachylił się nade mną.
-Mam ochotę się na Ciebie rzucić- mruknął i pocałował mnie w ustach.
-To świetnie- uśmiechnęłam się. Nagle przypomniało mi się, że niedawno oglądaliśmy u Ryana program „Milion w minutę”. Oczywiście zaraz po skończeniu chłopaki wymyślali dla siebie przeróżne zadania, dając sobie na to minutę czasu, a ja i Cait pękałyśmy ze śmiechu.
-Świetnie?- Zapytał z uśmiechem.
-Mhm- podniosłam się tak, by mruknąć mu do ucha- masz minutę.
-Tylko minutę?- Zagryzł wargę.- Postaram się- odparł i zaczął całować mój dekolt. Po chwili czule pocałował mnie w usta. Odwzajemniłam pocałunek, który przemienił się w najbardziej namiętny pocałunek, jaki kiedykolwiek przeżyłam. Nagle po raz drugi zadzwonił telefon.
-Odbierz- wydyszałam.
-Teraz... Nie...- Wymruczał między pocałunkami. Telefon dzwonił cały czas.
-Jeydon... Odbierz...
-Cholera... Zawsze muszą czegoś chcieć w takiej chwili? Może tu są jakieś kamery czy jak?- Oburzył się.
Wziął telefon i odebrał.
-Halo? A to Ty, babciu... Tak wpadnę do Ciebie z Amy i Hailey... Po południu... Babciu, nie gniewaj się, ale jestem z Amy na zakupach... Tak... Tak, w tym... Ale, babciu, my już wychodzimy stąd, więc chyba się nie zobaczymy... Tak, tak... Do zobaczenia babciu...
-Nieźle spławiasz ludzi...
-Trzeba jakoś sobie radzić, inaczej nigdy nie mógłbym z Tobą rozmawiać... Dobra, nie ważne- odłożył telefon.- Jak teraz ktoś mi przerwie to zabiję...- Nachylił się nade mną i musnął moje usta,
-Twój czas się skończył- zaśmiałam się i wyszłam z łóżka.
-Co? Jaki czas?- Poszedł zw moje ślady i wyszedł z łóżka.
-Miałeś minutę- zaczęłam uciekać.
-Jak Cię złapię- zaczął mnie gonić- to się tak łatwo mnie nie pozbędziesz. Uciekłam do łazienki i w ostatnim momencie zamknęłam za sobą drzwi.
-Idę się myć- oznajmiłam.
-Wspólny prysznic?- Zapytał.
-Nic z tego, kochanie.
-Ej, to jest nie fair. Biegłem tu jak pies z wywieszonym językiem, a Ty nawet nie chcesz mnie wpuścić.
-Nikt nie kazał Ci biegnąć.
-Amy...
-Możesz dostać buziaka- otworzyłam drzwi, musnęłam jego policzek i z powrotem zamknęłam drzwi.
-Tylko tyle?
-Na to trzeba zasłużyć.
-Przecież byłem grzeczny. Miałem rączki przy sobie- słyszałam, jak osuwa się pod drzwiami.
-Jeydon, byliśmy w sklepie, teraz jedziemy do drugiego. Przestań szeleścić tą reklamówka- zaśmiałam się.
-Wiesz co? Idę do drugiej łazienki.
-Chyba po to ktoś właśnie tak zaprojektował to mieszkanie.
-A plecy, to sobie możesz umyć sama. Ja też sobie sam jakoś umyję. Nie potrzebuję w ogóle Twojej pomocy- słyszałam, jak wchodzi po schodach. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Było znośnie. Zawsze dziękowałam Bogu za taką urodę. Nawet bez makijażu wyglądam dobrze, więc teraz wystarczyło, że umyję twarz, wskoczę pod prysznic i będę w sumie gotowa.
Wyszłam z łazienki. Z góry dochodził mnie dźwięk lejącej się wody. Poszłam pod drzwi drugiej łazienki. Stałam tam, dopóki woda nie skończyła się lać. Lekko zapukałam.
-Wiesz, tak sobie pomyślałam, że może umyję Ci plecy?- Oparłam się o drzwi.
-Kochanie, moje plecy są tak czyste, że czystsze już nie mogą być.\Ale nie będę taki wredny i pozwolę Ci wejść- otworzył drzwi.
-A więc jestem wredna?- Usiadłam na brzegu wanny.
-Nawet bardzo. Byłem taaakii milutki, a Ty nawet mnie nie wpuściłaś. Ale ok, ja taki nie będę- uśmiechnął się. Podszedł do mnie i musnął moje usta. Zadzwonił telefon.
-Muszę odebrać. Może to tata...
-Znowu w takim momencie- jęknął Jeydon.
-Przykro mi. Halo?- odebrałam.
-Amy, Twój tata dzwonił jakieś piętnaście minut temu. Powiedziałam mu, że kończymy jeść śniadanie.
-Kurcze, całkiem zapomniałam...
-No tak- zaśmiała się.- W każdym razie powiedziałam, że będziesz za mniej więcej pół godziny, bo mama kazała nam zjeść, a potem musisz się trochę ogarnąć.
-Dzięki. Masz u mnie dużego shake'a. I dwie porcje lodów. I nie wiem co jeszcze... Och, po prostu nie wiem jak mam Ci podziękować.
-Wystarczy, ze kupisz mi w poniedziałek kawę z bitą śmietaną przed szkoła, bo będę nie do życia.
-Oczywiście. Dzięki.
-Nie ma za co. Jak znajdziesz chwilę to zadzwoń, ok? A spotkamy się w szkole.
-Ok. Pa.
-Pa. A i pozdrów Jeydona.
-Jasne, dzięki- Cait się rozłączyła.
-Kto tym razem?
-Caitlin. Mam jakieś piętnaście minut, żeby dotrzeć do domu.
-Luz. Podwiozę Cię.
-Dzięki.
-Nie ma sprawy. Muszę jechać na te zakupy... Ale mi się nie chce.
-Przecież pojadę z Tobą.
-Naprawdę?- Uśmiechnął się.
-Mhm- pocałowałam go delikatnie.- Tylko musisz się trochę pospieszyć.
-Jasne- spryskał się perfumami.- Jestem gotowy- uśmiechnął się.
-Ja w sumie też- odwzajemniłam uśmiech. Zdjęłam z ręki gumkę do włosów i zaczęłam zbierać włosy w kucyka.
-Nie, proszę- Jeydon chwycił mnie za nadgarstki.- Tak podobasz mi się bardziej. Z takim bałaganem. Włosy możesz spinać, gdy mnie całujesz, bo wtedy widzę Twoje oczy i buzię... Chociaż nie. Lepiej, gdy Twoje włosy łaskoczą mnie w twarz.
-Czasami Cie po prostu nie rozumiem- spojrzałam w jego oczy.
-Jestem dziwnie skonstruowany- uśmiechnął się.- Idziemy?
-Mhm.
Jeydon podwiózł mnie parę domów od mojego, tak, by wyglądało, że wracam od Cait. Gdy weszłam do domu, tata czytał gazetę przy kubku kawy w salonie, a Sam wylegiwał się na kanapie.
-Cześć, już jestem- zawołałam z przedpokoju.
-Nareszcie. Ile można jeść śniadanie?
-Oj tato, wiesz jaka jest mama Cait. Nigdy nie wypuszcza mnie bez śniadania- spojrzałam na niego wymownie. Kątem oka zauważyłam, że Sam się uśmiecha.
-No tak, tak. Czyli nie będziesz nic jeść?
-Nie, dzięki. Tato wiesz, umówiłam się z Jeydonem. No wiesz... n wczoraj przyjechał.
-Tak, wiem.
-No to... Ja... Ja pójdę się ogarnąć, ok?
-Oczywiście. Stary tata się już nie liczy...
-Oj, tatku. Przecież wiesz, że Cię kocham- przytuliłam się do niego.
-Tak, jasne. No dobra, leć. Przecież ten chłopak nie będzie na Ciebie czekał w nieskończoność. -Zanim się, jak to mówisz, ogarniesz...
-Dzięki, tatku- pocałowałam go w policzek i pobiegłam na górę. Wpadłam jak burza do garderoby. Wyjęłam niebieskie spodnie rurki, czarną bokserkę, luźny top w czarno białe paski, czarny kardigan i poszłam do łazienki. Zrobiłam bardzo lekki makijaż, rozpuściłam swoje loki, przebrałam się, umyłam zęby i zeszłam na dół.
-Będziesz na obiedzie?
-No bo... Wiesz... Babcia Jeydona zaprosiła nas na obiad...
-Jasne... Szkoda, że ja nigdzie nie chodzę. Ale przynajmniej zjesz dobry obiad, mieliśmy zjeść coś od chińczyka. Leć.
-Kocham Cię- oznajmiłam z uśmiechem, ubrałam się i wyszłam z domu. Jeydon stał na podjeździe.
-Nawet szybko Ci to poszło. Nudziłem się tylko przez...- zerknął na zegarek- pięćdziesiąt pięć minut.
-Przepraszam, musiałam się ogarnąć. Szkoda mi było taty...
-Dlaczego?- Spytał Jeydon, wykręcając głowę do tyłu, by móc bezpiecznie wycofać się na drogę.
-No bo był taki zawiedziony, że nie będę jeść obiadu w domu...
-Przecież nie musisz jechać ze mną do babci. Powiem, że nie mogłaś przyjechać.
-Nie, jest ok. Nie muszę, ale chcę. Bardzo lubię Twoich dziadków. Zresztą wszyscy są dla mnie mili.
-Nawet moja wścibska mama?
-Oj, przestań. Wcale nie jest taka wścibska.
-No tak, ale chyba wszędzie ma kamery. Zawsze wie, kiedy zadzwonić.
-Nie narzekaj... Więc jaki mamy na dziś plan?- Zmieniłam temat.
-W sumie to ich nie lubię. Mógłbym się dzisiaj cały dzień wylegiwać z Tobą na kanapie, a w zamian za to, musimy jechać na obiadek do babci... Więc teraz jedziemy do sklepu, potem do mnie. Rozpakujemy się i pojedziemy po Hailey, a z Hailey na ten nowy kryty plac zabaw. Zawieziemy Hailey, żeby się przebrała i pojedziemy na obiad do dziadków. Po obiedzie zawieziemy Hailey do moich rodziców i mamy resztę dnia dla siebie.
-Ok. Możemy potem wpaść do mojego taty?
-Oczywiście.
-Dzięki,
-Nie rozumiem, za co dziękujesz. Przecież to normalne, że jeździmy do swoich rodzin...- Przez chwilę Jeydon zapatrzył się w drogę, bo jakiś samochód dostawczy zablokował drogę w centrum, a Jeydon próbował go wyminąć. Po chwili jednak znów się ożywił.- Posłuchamy czegoś?
-Mhm.
-Czego?
-Nie wiem. Może po prostu radia?
-Ok.
Zapanowała cisza. Jeydon skupił się na jeździe, a ja na śpiewaniu w myślach piosenek. Po pięciu minutach byliśmy w supermarkecie po drugiej stronie miasta.
Zakupy poszły nam dosyć szybko, podobnie jak przybycie do mieszkania Jeydona i rozpakowanie ich. Pojechaliśmy do rodziców Jeydona po Hailey.
-Tylko błagam cię, jak wejdziemy, to się nie śmiej. Mama próbowała zrobić z siebie blondynkę, ale wyszło jej coś w kolorze fioletu, a Hailey od tygodnia biega w kostiumie pszczoły i za żadne skarby nie chce go zdjąć.
-Jasne- uśmiechnęłam się. Wysiedliśmy z samochodu i weszliśmy do domu rodziców Jeydona.
-Mamo, jesteśmy!- Krzyknął Jeydon i poszedł do kuchni. Na mnie wpadła Hailey.
-Amy! Amy! Widziałaś mój kostium?
-Jest śliczny, pszczółko- wzięłam ją na ręce i poszłam do kuchni.
-Chcesz soku?- Spytał, gdy sadzałam Hailey na blacie wyspy.
-Mhm- odparłam.
-O, już jesteście. Cześć Amy- powitała mnie mama Jeydona.
-Dzień dobry- uśmiechnęłam się.
-Hailey, dziecko, ile razy mam się powtarzać? Masz iść na górę i przebrać się w to, co Ci kazałam, bo inaczej nigdzie nie pójdziesz- powiedziała spokojnym tonem, obserwując swoje młodsze dziecko.
-Ale mamo...- Zaczęła.
-Hailey nie dyskutuj.
-Nie będę się\ przebierać!- Krzyknęła mała.
-Hailey...
-Jeydon! Jestem pszczółką.
-Hailey ja nigdzie z Tobą nie pójdę, dopóki się nie przebierzesz- wtrącił Jeydon.
-Słyszałaś? Idź na górę.
-Mamo...
-Hailey idź się przebrać.
-Amy...- Zaczęła lamentować.
-Chodź- chwyciłam ją za rączkę- Wiesz, Skarbie, myślę, że w tym kostiumie będzie Ci zimno na dworze.
-Ale ja nie mogę go zdjąć. Jestem pszczółką.
-Oczywiście, pszczółko, ale pewnie wiesz też o tym, że każda pszczółka na zimę zasypia.
-Naprawdę?
-Naprawdę. Czy widziałaś ostatnio jakąś pszczółkę?- Zapytałam, biorąc małą na ręce i wnosząc ją na górę po schodach. Hailey zamyśliła się przez chwilę.
-Chyba nie.
-Sama widzisz. Wydaje mi się, że w ciepłym domku możesz być pszczółką przez cały rok, ale na dworze niestety jest zimno. Jeśli teraz się nie przebierzesz, to albo będziesz chora, albo strasznie zmarzniesz, albo zostaniesz w domu. Ja też bardzo chciałam ubrać swoją ulubioną sukienkę, ale przy takiej temperaturze chyba bym zamarzła...- Posadziłam małą na jej łóżku.- --To jak?
-To... To ja się przebiorę- odparła niechętnie.- Ale będę mogła zabrać kostium pszczółki do babci?
-Oczywiście- stwierdziłam z uśmiechem.
-Amy?
-Tak?
-Pomożesz mi?- Stanęła przede mną całkiem bezradna z rajstopkami w ręku.
-Jasne- puściłam do niej oczko. Pomogłam jej się ubrać. Wyglądała jak różowa księżniczka. -Przeczesałam jej włoski palcami i wpięłam jej różową spinkę z koroną, którą dostrzegłam na stoliku w rogu pokoju.
-I jak wyglądam?
-Super- pocałowałam ją w czoło i zeszłyśmy na dół.
-Mamo! Jak wyglądam? Amy pomogła mi się ubrać- Hailey zaczęła nerwowo szarpać panią Wale za rękaw.
-Nie wierzę! Amy, jak udało Ci się to zrobić?- Zwróciła się do mnie, obracając Hailey na wszystkie możliwe sposoby, by zobaczyć, czy pod spodem nie ma ubranego kostiumu pszczółki.
-A, drobiazg. Stwierdziłyśmy, że pszczółki na zimę zasypiają, prawda, Hailey?
-Mhm. Jeydon jedziemy?
-No. Ubieraj się. Mamo, mamy w ogóle przyjeżdżać jeszcze do domu? Nie lepiej jak od razu pojedziemy na obiad do babci?
-Jeydon, chyba nie sądzisz, że puszczę ją tak ubraną do babci? Muszę ją przebrać.
-No dobra- odparł Jeydon i wyszliśmy do hallu. Ubraliśmy się i wyszliśmy do samochodu.
-Jeydon, uważajcie na siebie.
-Mamo, proszę Cię...
-Po prostu się martwię- mama Jeydona jeszcze raz sprawdziła, czy Hailey ma dobrze zapięte pasy.
-To przestań, bo nie masz o co. Na razie- zasunął szybę.
-Jeydon, a długo będziemy jechać?- Zapytała Hailey.
-Raczej nie.
-Szkoda. Ja lubię jeździć samochodem. Amy, włączysz muzykę?
-Jasne- odparłam i włączyłam radio. Leciał kawałek Rihanny „Talk That Talk”, a mała od razu zaczęła nucić melodię. Jeydon zerknął na nią w lusterku i uśmiechnął się.
-Tego też mi brakowało- oznajmił i włączył płytę.- Hailey pamiętasz?- Zapytał małą i włączył piosenkę „Only Girl”, również Rihanny. Mała skinęła głową.
-Ma coś po bracie- stwierdziłam.
-No jasne. Hailey, Amy będzie śpiewać z nami?
-Mhm.
Jeydon puścił głośniej i zaczęliśmy śpiewać.
-Wiecie co, dziewczyny?- Zapytał, gdy skończyła się piosenka.- Kocham Was- oznajmił i zerknął najpierw na Hailey w lusterku, a potem na mnie.
-My Ciebie też, prawda, Hailey?
-Taaak. Jeydon, zaśpiewamy jeszcze raz?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz