niedziela, 21 października 2012

Rozdział 54


   Poniedziałek, siódma trzynaście. Wstałam, żeby zobaczyć, czy Jeydon nie odpisał na mojego smsa. Normalnie pofatygowałabym się do łazienki, żeby zacząć szykować się do szkoły, ale jestem całkiem sama w tym domu. Babcia na czas przebudowy wyprowadziła się do cioci Emmy, Sam mieszka u Ryana i jego rodziców, tata wynajął kawalerkę w centrum miasta. A ja? Moje rzeczy zostały już dawno spakowane. Właściwie zostało tutaj tylko łóżko i moje walizki. Nie ma obrazków na ścianach, zdjęć... Nawet podłoga została zerwana. Tata wymyślił, że na ten czas przeprowadzę się do pokoju w żeńskim akademiku w naszym mieście. On sam nie wie, jak długo potrwa przebudowa tego domu, więc nie wiem, ile będę musiała tam siedzieć.
   Jeydon nie odezwał się.
   Sam, Ryan, Chaz i Chris trzymają się razem i raczej nie jestem specjalnie potrzebna w ich gronie.
   Cait pojechała na tydzień z Justinem do Paryża. Jak powiedział „śmierć telefonom”, więc nawet z nimi nie mogę pogadać.
   Zostałam sama.

   Około godziny dziewiątej rano pod mój dom podjechała taksówka. Kierowca zatrąbił trzykrotnie i wyłączył silnik. Znowu się wyprowadzam, znowu wszystko za mną, nie ma niczego przede mną. Przypomniała mi się przeprowadzka z Ottawy. Pamiętam ją jak dziś. Musiałam tam zostawić wszystkie wspomnienia. Teraz w pewnym sensie było tak samo. Nie będę już miała łóżka, na którym spałam, bo zastąpi je nowe. Nie będę miała okna na taras, którym zawsze wchodził Jeydon... Nie będzie już nawet tego drzewa, po którym się wspinał. Nie będzie mojej garderoby, która była najlepszym miejscem w tym ogromnym domu. Nie będzie łazienki, która często okazywała się najlepszym miejscem do krytyki swojego wyglądu. Niby znowu tutaj przyjadę, ale przecież to nie to samo. Faktycznie, ten dom nie będzie zrównany z ziemią, ale zostanie całkiem przebudowany, czyli i tak będzie inny.
   Odeszłam od okna i wzięłam swoje walizki. Wyszłam z pokoju i odruchowo chciałam zamknąć drzwi, ale niestety już ich nie było. Zeszłam ostrożnie po schodach, uważając żeby się nie poślizgnąć. Przecież nie było się nawet czego chwycić, wczoraj wyrwali balustrady. Na parterze nie było śladu po kuchni, jadalni, czy salonie. Owinęłam szyje szalikiem i wyszłam. Kierowca był chyba bardzo zniecierpliwiony, ale na mój widok przyodział sztuczny uśmiech. Wysiadł z taksówki i podszedł do mnie.
- Dzień dobry, panienko. Pozwoli panienka, że wezmę walizki- uśmiechnął się i przejął moje walizki.
- Tak, dziękuję- odparłam i zamknęłam drzwi. Przełożyłam torbę przez ramię i ruszyłam w stronę taksówki. Kierowca zatrzasnął moje walizki i otworzył mi drzwi.
_ Dokąd jedziemy?- Zapytał i zamknął za mną drzwi. Usiadłam wygodnie, czekając, aż taksówkarz zatrzaśnie za sobą swoje drzwi.
- Do First Academy, na ulicy St. Patrick.
- W środku semestru?- Zapytał zdziwiony i uruchomił silnik.
- Tak wyszło- odparłam i ruszyliśmy.
   Dojechaliśmy po trzydziestu minutach, bez żadnego stania w korkach. Szkoła znajdowała się na obrzeżach miasta, co jeszcze bardziej mnie zdołowało. Jeśli ojciec nie da mi samochodu, będę skazana na szkolny autobus, albo po prostu będzie musiał płacić za taksówki. Do szkoły mam stąd hektar. Kierowca dosyć szybko wyjął walizki (równie szybko wziął pieniądze ze sporym napiwkiem i odjechał) i ruszyłam w kierunku staromodnych drwi uczelni. Były zamknięte, więc nacisnęłam na dzwonek, który rozbrzmiał chyba w całej szkole. Po około dwóch minutach otworzyła mi pewna kobieta w długiej, powłóczystej sukni, okularach i eleganckim koku.
- Proszę za mną- oświadczyła i ruszyła przed siebie. Gdy tylko zaczęłam ciągnąć za sobą walizki, spojrzała na mnie surowym wzrokiem. Starałam się szurać nimi jak najmniej, ale były tak napakowane, że średnio mi to wychodziło. Dotarłyśmy do jakiegoś gabinetu. Kobieta zatrzymała się i zastukała do drzwi. Padło głośne „proszę” więc weszła, pozostawiając mnie na korytarzu. Postawiłam walizki pod ścianą i rozejrzałam się po hallu. Był wyłożony czarnymi kafelkami, a ściany „zdobiła” ciemnobrązowa farba. W antyramach wisiało coś w rodzaju zasad:
       Nie kłamiemy.
       Ubieramy się NORMALNIE.
       Nie kradniemy.
      Zawsze mówimy TYLKO prawdę.
    Szczerze, trochę mnie to przerażało. Wszędzie było zimno i nie przytulnie. Powierzchnie były ogromne i puste, wiało chłodem. Kobieta w koku wyszła z gabinetu i gestem głowy wskazała na drzwi. Domyśliłam się, że chce, bym weszła do gabinetu za nią; chwyciłam więc za walizki.
- Niech panienka je zostawi, zaraz się ktoś nimi zajmie- powiedziała i zniknęła w gabinecie. Zrobiło mi się nieprzyjemnie. Surowy ton głosu i to, że zwracała się do mnie „panienko” jeszcze bardziej zraziło mnie do tego miejsca.
- Dzień dobry- za starodawnym ogromnym biurkiem z lampą naftową siedziała wysoka, szczupła kobieta. Miała na sobie blado pomarańczową suknię, a włosy miała tak samo związane jak tamta kobieta- w wytwornego koka.
- Dzień dobry. Nazywam się Amy...- zaczęłam, ale kobieta mi przerwała i spojrzała na tę drugą kobietę, która natychmiast wyszła..
- Wiem, jak się nazywasz. Czekałam na Ciebie. Miło Cię poznać- dodała i uśmiechnęła się. Nie, żebym się jej bała, ale zrobiło mi się od razu lepiej.- Jestem dyrektorką tego akademika. Nazywam się Nicole Hopkins. Jesteś jedyną uczennica, która nie uczęszcza do naszej szkoły i jest tak młoda. Mówią, że jestem tutaj najmilszą osobą. Niestety, przykro mi to stwierdzić, ale reszta nauczycielek to straszne jędze- uśmiechnęła się i wyciągnęła jakiś mały pakunek ze swojej szuflady.- Masz ochotę na czekoladę?- Zapytała i podsunęła mi pudełko, lekko je rozchylając.
- Nie, dziękuję.
- Może jednak? Czekolada powoduje, że organizm zaczyna produkować więcej hormonów szczęścia. Nie daj się prosić- puściła mi oczko, a ja wzięłam czekoladkę.
- Dziękuję.
- Nie ma za co. Moja ulubiona- wskazała głową na moją czekoladkę i wyjęła z pudełka taką samą.- Truskawkowa- dodała i włożyła ją do ust,- Chciałabyś o czymś porozmawiać? Szczerze mówiąc, nie chce Cię zanudzać tymi wszystkimi regulaminami i surowymi zasadami tej szkoły. Nie ma szans, żebym wyrzuciła Cię z tego akademika, więc możesz poznać wszystkie zasady po prostu je łamiąc. Jedna uwaga: uważaj na panią Doloris. Jest najgorsza.
- Mam jedno pytanie: skoro jest pani taką miłą osobą, dlaczego jest tutaj taki rygor?
- Odziedziczyłam tą szkołę po prababci mojej prababci. Panują nią tradycje, a nie ja. Czasami bardzo żałuję, że czasy się zmieniają, a ta szkoła nie. Pozostała taka sama od lat. Wszystkie reguły panujące w tej szkole spisała prababcia mojej prababci i sama wywiesiła je w tych antyramach. Nikt nie ma prawa ich podważyć, czy zmienić. To jedyna taka szkoła na świecie. Tylko tutaj można nauczyć się, że nie trzeba spędzać całego dnia przed komputerem, żeby spotkać się ze znajomymi, czy odrobić zadanie. Tylko po wyjściu z tej szkoły można docenić pewnego rodzaju „wolność” i ilość czasu. Myślę, że wiele wyniesiesz z tej lekcji średniowiecznego życia.
- Też mam taką nadzieję- odparłam, obracając w palcach swoją czekoladkę.
- Jedz, zaraz się całkowicie rozpuści- powiedziała i wstała, podchodząc do małej gablotki. Przekręciła kluczyk i wyjęła z niej pęk innych kluczy. Wyjęła ten z fioletową wstążką i zamknęła gablotkę z powrotem na klucz, po czym ponownie odwróciła się do mnie.- Chodź, pokażę Ci Twój nowy pokój. Masz wielkie szczęście- trafił Ci się fioletowy- uśmiechnęła się i objęła mnie ramieniem i wyszłyśmy. Przeszłyśmy cały korytarz, po czym skręciłyśmy w lewo.
- Mam takie pytanie: czy będę musiała ten pokój z kimś dzielić?
- Nie, jesteś tak jakby osobą nie do pary i nie mamy Cię do kogo, że tak to ujmę, „wsadzić”. Po prawej stronie jest biblioteka. Po lewej stronie są pokoje dziewcząt, a znowu po prawej pokój, w którym dziewczęta pomagają sobie nawzajem w nauce- dodała i skręciłyśmy w prawo, gdzie zatrzymałyśmy się przed pierwszymi drzwiami po prawej.
- To mój pokój?- Zapytałam, spoglądając na solidne, ciemnobrązowe drzwi, bogato zdobione, ze złotą klamką i lwem na kołatce.
- Oczywiście. Proszę- odparła i podała mi klucz. Umieściłam go w zamku i przekręciłam. Coś chrupnęło i jakby spadło. Wyjęłam klucz i nacisnęłam z całej siły na klamkę, która drgnęła dopiero za drugim razem. Moim oczom ukazał się duży, doskonale oświetlony światłem dziennym pokój.
- Wow- to chyba jedyne, co wyrwało mi się po wejściu do niego. Wyglądał jak łóżko księżniczki z XIX wieku.
- Rozgość się. Mam nadzieję, że mimo wszystko Ci się u nas spodoba. Gdybyś czegoś potrzebowała, zawołaj kogoś.
- Dziękuję- odparłam, a pani Hopkins opuściła pokój. Rozejrzałam się. Naprzeciw mnie, tuż pod ścianą stało ogromne sosnowe łóżko z ogromną liczbą poduszek, a nad nim wisiał przeźroczysty baldachim. Pościel na łóżku była oczywiście fioletowa, tak jak reszta poduszek. Tuż obok łóżka stały sosnowe stoliki nocne, z białymi lampkami z fioletowymi kloszami. Lewą ścianę zajmowały okna, z fioletowymi karniszami, przeźroczystymi firankami i fioletowymi zasłonami w białe kółka (od razu skojarzyły mi się z zasłoną prysznicową). Na prawej ścianie nad solidnym sosnowym biurkiem wisiał obraz z napisem „HOPE”. Na biurku stał sosnowy przybornik i fioletowa lampka. Sosnowe krzesło było obite fioletową tapicerką. Po prawej stronie biurka znajdowały się drzwi do „fioletowej” łazienki.  Na sosnowej podłodze leżał fioletowy puszysty dywan. Obok biurka stała przeogromna sosnowa szafa z lustrem (a przy niej moje walizki). Na ścianie, w której znajdowały się drzwi wisiała tablica korkowa, a nieco dalej stał mały sosnowy stolik, a obok niego dwa sosnowe krzesła. W rogu, między oknami a stolikiem był kominek w sosnowej oprawie. W całym pomieszczeniu unosił się zapach lawendy. W łazience znajdowała się biała wanna, biała toaleta i umywalka, a nad nią lustro w fioletowej oprawie. Wisiała również sosnowa półka na drobiazgi, obok wanny stało takie same krzesło jak przy biurku, a kafelki i ściany łazienki były fioletowe.
   Usiadłam na łóżku i podniosłam kilka kartek, które leżały spięte na wielkiej narzucie.

       Panienko Amy, 
   zakazuje się uczniom używania telefonów na terenie akademika (oprócz własnego pokoju). Światło gasimy w pokoju o                                 godzinie dwudziestej pierwszej. Goście mogą odwiedzać panienkę RAZ w tygodniu. Zakazuje się sekretnych wizyt. W razie jakichkolwiek pytań proszę zgłosić się do panny Doloris Queen. 
                                                                                                                                    Z poważaniem
                                                                                                                               Nicole Hopkins


   No, to nieźle się zaczyna. Ciekawe, co ja tutaj niby będę robić. Wyjęłam z torby telefon i wybrałam numer taty.
- Tak?
- Tato, dlaczego ja?
- Amy, nie rozumiem. O co chodzi?
- Dlaczego Sam może mieszkać u Ryana, a mnie wysłałeś  do akademika z średniowiecza? Przecież ja tutaj nie przeżyję. Tu chyba nawet nie ma internetu...
- Amy, nie dramatyzuj. Specjalnie Cię tam wysłałem. Przynajmniej odetniesz się trochę od Jey... od tego świata. Odpoczniesz- powiedział, podkreślając ostatnie słowo.
- Odpoczęłabym u Caitlin, a nie w ty obłąkanym miejscu. Tutaj wygląda jak w jakimś starym pałacu. I te wszystkie kobiety, które zwracają się do mnie per panienko. Chcę do domu...
- Wytrzymasz miesiąc.
- Miesiąc? Tato, myślałam, ze skończysz to tak, jak wszystkie domy, które projektujesz...
- Amy, skończyłbym, gdybym miał swoją ekipę. Ale oprócz życia prywatnego mam też zawodowe. Chłopcy nie dadzą pracować na dwa etaty.
- Tatusiu... Proszę... Nie mogę mieszkać z Tobą w tej kawalerce?
- N ie zmieścimy się tam w dwójkę. Wiesz jaki miałem problem, żeby wstawić tam szafę, biurko i łóżko? Jestem pewien, ze nie zmieściłby się tam nawet materac.
- Nie możesz mi czegoś wynająć? Albo chociaż pozwól mi mieszkać u Caitlin... państwo Beadles się zgodzili...
- Amy, opłaciłem w tym akademiku cały miesiąc. Nie mogę teraz tak po prostu Cię stamtąd zabrać.
- Ale Sam może mieszkać u Ryana, prawda?
- Posłuchaj mnie: rodzice Ryana sami zaproponowali takie wyjście z tej sytuacji. Zresztą, Sam i Ryan świetnie się dogadują, są\ chyba najlepszymi kumplami. To dla nich żaden problem, Sam ma u nich nawet własny pokój.
- Aha, a ja jestem niepełnosprawną grzesznicą i sprawiłabym państwu Beadles wielki kłopot, wprowadzając się od nich i dlatego muszę odpokutować w tej średniowiecznej ruderze.
- Dobrze wiesz, że tak nie jest.
- To zabierz mnie stąd jak najszybciej, albo zostaw nasz dom nienaruszony- odparłam i rozłączyłam się. Opadłam na łóżko i spojrzałam na sufit. Był beznadziejnie biały, a na nim wisiał stary żyrandol z motywami roślinnymi. Pokręciłam głową i położyłam się na brzuchu. Spojrzałam na swój czarny zegarek na ręce. Dwunasta. Samo południe. Chciałam zadzwonić do Sama, albo do Chaza, ale mieli jeszcze lekcje. Cait nadal była z Justinem w Paryżu. Jeeej, takiej to dobrze.
   O godzinie piętnastej w jadalni był obiad, więc poszłam pod prysznic i przebrałam się w „stosowne” ubrania (tzn. w spodnie i bluzkę bez dekoltu, żeby nie narazić się na gniew panny Doloris Queen, prawdopodobnie największej zołzy na świecie). Zrobiłam naprawdę delikatny makijaż i spięłam włosy w staranny koński ogon. Włożyłam złote kolczyki w kształcie motylków, które kiedyś dostałam od Sama na gwiazdkę i spryskałam się lekko kwiatowym perfumem. Zaczęłam powoli układać w szafie. Jako ostatnią rzecz wyciągnęłam zdjęcie mamy i postawiłam na sosnowym stoliku nocnym. Spojrzałam na zegarem. Za pięć piętnasta. Najwyższy czas, żeby wyjść z „komnaty” na obiad. Ciekawa byłam, co takiego dadzą królewnom na królewski obiad. Zgarnęłam ze stolika klucz z fioletową wstążką i opuściłam pokój, zamykając go.
   Weszłam do jadalni wskazanej przez panią Hopkins. Było to duże pomieszczenie, a prawie przez całą jego długość rozciągał się dębowy stół, a przy nim stały solidne dębowe krzesła. Przy każdym krześle były srebrne sztućce, białe talerze i białe serwety. Kafelki na podłodze były jasnobrązowe, a ściany były pomalowane na cytrynowy kolor. Wszystko oświetlały białe lampy, które wyglądały nadzwyczaj nowocześnie. Na końcu pomieszczenia znajdował się szeroki dębowy blat, a za blatem była kuchnia. Po prawej i lewej stronie blatu stało po dziesięć dziewczyn, każda ubrana na biało. W uszach miały perłowe kolczyki, a ich staranne koki zdobiły małe białe kokardki. Usiadłam na jakimś miejscu i cierpliwie czekałam na dalszy bieg wydarzeń. Poczułam aromat kremu pomidorowego, gdy poczułam, że ktoś delikatnie klepie mnie po ramieniu.
- To jest moje miejsce, miastowa idiotko- powiedziała dziewczyna dźwięcznym głosem. Miała około piętnastu lat, ale była bardzo wysoka i szczupła. Pomyślałam, że mogłaby ze swoją urodą zostać modelką. Ja bym nią została, gdybym nie była tak cholernie niska. Jej koleżanki rozsiadły się obok mnie, a jakaś dziewczyna w niebieskiej pelerynie, która właśnie siadała naprzeciw z niską blondynką mruknęła:
- Zostaw ją, Mary. To jest Wyse. Nie znęcaj się nad nowymi.
- Ależ oczywiście- odparła , a ja zeszłam z „jej” miejsca.
- Amy, chodź koło mnie- zawołała niska blondynka, która siedziała obok dziewczyny w niebieskiej pelerynie.- Tutaj jest wolne.
- Dziękuję- odparłam i ruszyłam naokoło stołu. Usiadłam obok niej i oparłam się wygodnie.
- Nie ma za co. Nazywam się Hope, a to jest moja siostra bliźniaczka, Love- zaczęła, a ja (chociaż starałam się tego nie robić) od razu wybałuszyłam na nią oczy ze zdziwienia.- Tak, wiem, mamy bardzo idiotyczne imiona. Nasi rodzice...
- Nie- przerwałam jej- to nie o to chodzi. Wy w ogóle nie jesteście do siebie podobne.
- A, no tak- uśmiechnęła się.- A Ty? Masz rodzeństwo?
- Tak, starszego o rok brata.
- Ojej, ale fajnie. Zawsze chciałyśmy mieś starszego brata, prawda L.?- Zwróciła się do siostry, która była zajęta szukaniem czegoś w notesie.
- Taaa- burknęła Love i wróciła do poszukiwania. Coś przeczytała, szybko zatrzasnęła notes i pospiesznie schowała go do torby.- O czym rozmawiałyście?
- Tata zawsze mówi, że jest roztargniona- powiedziała Hope i zaczęła się rozglądać.
- Wiesz, co by było, gdyby Queen mnie zobaczyła na jadalni z notesem? Nie miałabym życia- powiedziała i tez zaczęła się rozglądać, a potem zerknęła na zegarek. Hope zrobiła to samo i w tym samym czasie. Gdy zauważyły, że właśnie tak zrobiły, roześmiały się.
- Zamierzają nas dzisiaj głodować?- Zapytała Hope, a „białe” dziewczyny podeszły do blatów.
- Nie, to tylko małe opóźnienie- odparła Love i oparła się o krzesło.- Co dzisiaj na obiad?
- Pisało na tablicy. Boże, L.
- No dobra, zapomniałam...
- Krem pomidorowy z nutką bazylii. A na drugie danie spaghetti.
- Przecież się tym nie najem. A jakie to spaghetti?
- Bolognese.
- Fuj- odparła Love i zaczęła się przyglądać, jak „białe” dziewczyny roznoszą obiad.
- Sama jesteś „fuj”- dogryzła jej Hope i zaczęła jeść. Pozostałe dziewczyny też zabrały się do jedzenia, więc „poszłam ich tropem”. Gdy skończyłyśmy jeść, panna Hopkins weszła na podest przed dębowym stołem  i przerwała wszystkie rozmowy.
- Nie słyszałam dzisiaj „smacznego” przy stole. Gasimy światło piętnaście minut wcześniej niż zwykle- oświadczyła i zeszła. Dało się usłyszeć kilka słów oburzenia i zaczęłyśmy rozchodzić się do swoich pokoi. Love i Hope wyszły trochę wcześniej ode mnie i ruszyły na prawo. Ja skręciłam w lewo i udałam się do swojego pokoju. Odłożyłam klucz na stolik, a moją uwagę przykuła zapełniona tablica korkowa, na której powieszone były kartki, których wcześniej nie było.


                          Kolacja o godzinie osiemnastej. 
                               Francuskie rogaliki, pieczywo, dżem, wędliny, sery. 
                           Śniadanie nazajutrz o godzinie siódmej. 
                                „English Breakfast” w ramach tygodnia kultury światowej.

                            Kierowca będzie na panienkę czekał o siódmej trzydzieści pięć pod głównym wyjściem i zawiezie panienkę do szkoły. Po przyjściu proszę odnotować swoją obecność u panny Doloris Queen. 
                          
                            Wizyty gości będą odnotowywane u panny Nicole Hopkins.

   Właśnie, nie poznałam jeszcze tej całej Doloris... mniejsza z tym. Muszę zadzwonić do Sama, bo inaczej zwariuję. W sumie, to chyba dobry moment, żeby wykorzystać swoją pierwszą wizytę. Cait i Justin przylecą za tydzień, więc Sam mógłby dzisiaj przyjechać. Tylko co z tatą...? W sumie to nie muszę się z nim na razie widzieć. Zamknął mnie tutaj, to będę tutaj siedzieć.
   Wybrałam numer Sama i czekałam, aż w końcu łaskawie odbierze.
- Halo?
- Cześć, to ja.
- Aaa, Amy. No i jak?- Zapytał Sam, usiłując przestać się śmiać.
- Co Ci tak wesoło?
- Ryan spadł z łóżka, bo wystraszył się jakiegoś owada- odparł.- Dobra, już jestem cicho. Opowiadaj.
- Mógłbyś dzisiaj do mnie przyjechać
- Teraz?
- No, mniej więcej tak do osiemnastej. Bo będę mieć kolację.
- Ok.
- Dzięki.
- Czekaj... Jak ja mam się tam dostać?
- Samochodem?
- Nie znam drogi?
- To wydrukuj sobie mapę. Proszę, Sam... Tu jest jak w średniowiecznym zamku. Tata zrobił to specjalnie. Wszystko przez tą aferę w gazetach z Jeydonem. Błagam Cię, przyjedź.
- Dobra, będę za godzinę. Wezmę chłopaków- powiedział i rozłączył się.
- Świetnie- mruknęłam i odłożyłam telefon.

*********************************************************************************

Noooo, jak ja sie cieszę!!!

Udany weekend, cudowna statystyka na blogu, w szkole w miarę ok (bo jak w szkole może być dobrze, fajnie i wgl? No, chyba, że  chodzi o atmosferę ;p)... Czego chcieć więcej?

7 komentarzy:

  1. Trochę za mało, moim zdaniem, wszystkich jej przyjaciół i wgl w tym rozdziale, tylko sama Amy... No ale cóż.. Ważne, że coś dodałaś ;P

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się trochę mało i szkoda,że Amy musiała się tam wybierać ;p no,ale to twój blog.Mam nadzieje,że Amy szybko z tam tąd wyjdzie ;D Jestem trochę zdziwiona,że dodałaś taki rozdział ;P
    ~~~~Olivia~~~~

    OdpowiedzUsuń
  3. Kiedy nowa nn? ^^
    Nie mogę się doczekać <3
    Daga.

    OdpowiedzUsuń
  4. No kiedy nowa nn ? Co do rozdziału boska.
    Nie mogę się doczekać 55 rozdziału ;D

    OdpowiedzUsuń
  5. Zajebiste jak zawsze :D Ale nie pisz tylko o Amy :P
    Kiedy się pojawi Jeydon ? :P Wiki

    OdpowiedzUsuń
  6. Ejj kiedy dodasz nn ? :P Nie było cię na blogu aż 2-3 dni... :( .Sweetcukierek.

    OdpowiedzUsuń
  7. Trochę średnio,no ale co tam.Czekam na nn<3

    OdpowiedzUsuń