niedziela, 28 października 2012
Rozdział 55
Sam razem z Chazem, Chrisem, Ryanem i kumplem ze swojej klasy, Nathanielem pojechali z powrotem do domu Ryana. W sumie, to nie wiem po co przyjeżdżali, chyba tylko dlatego, żeby mnie wkurzyć. Najpierw narzekali, że musieli się podpisywać na liście gości, potem rozwalili mi szufladę w stoliku nocnym, a jeszcze później tylko mi dokuczali. Szczerze się cieszyłam, że pojechali. Dzisiaj zaczynałam zastanawiać się nad tym, po kim Sam odziedziczył charakter i doszłam do wniosku, że chyba po tacie. Ja natomiast byłam chyba taka jak mama, chociaż mam też sporo cech po tacie.
Zabrałam się za naprawianie szuflady. Usadowiłam się wygodnie na podłodze i ostrożnie wkręciłam śrubkę, a potem siłowałam się z szufladą. Po chwili moich wypocin usłyszałam delikatne pukanie do drzwi. To trochę dziwne, nie spodziewałam się już nikogo, a na pewno nie kogoś, kto zastukałby tak delikatnie. Wyglądało to w sumie na to, że w odwiedziny przyszła Love lub Hope, jakaś nauczycielka lub inna dziewczyna, która dowiedziała się, że jestem nowa. Położyłam szufladę na podłodze i poszłam otworzyć drzwi. Nie pomyliłam się- w progu stały Love i Hope.
- Cześć dziewczyny- powiedziałam i otworzyłam szerzej drzwi.- Wchodźcie- zachęciłam je gestem ręki, żeby weszły dalej.
- Hej- odpowiedziały równocześnie.
- Nie przeszkadzamy?- Zapytała Love, podając mi mały bukiet lawend.
- Nie, no co Wy? Oczywiście, że nie. Szczerze mówiąc to trochę się nudziłam. No może nie do końca, bo próbowałam naprawić szufladę, którą zepsuł mój brat, który przed chwilą stąd nareszcie pojechał. W zasadzie sama po niego zadzwoniłam, bo miałam wielką nadzieję, że przyjedzie sam.
- Ten, który przechodził przez korytarz jakieś pięć minut temu z jakimiś chłopakami?
- Mhm. Skąd Wy wytrzasnęłyście lawendy?
- Nasz tata jest ogrodnikiem. Ma fioła na punkcie kwiatów. Pomyślałyśmy, że będą pasowały do twojego pokoju. Jest fioletowy... - Powiedziała Hope.
- Super , dzięki- uśmiechnęłam się i wstawiłam kwiaty do fioletowego wazonika, który stał na stoliku.
- Nie ma za co. Nam też się nudziło, więc przyszłyśmy do Ciebie... Nie przejmuj się tą Mary. Ona taka jest.
- Dlaczego miałabym się nią przejmować? W mieście chyba wszystkie dziewczyny są takie, a miłe dziewczyny to absolutny wyjątek.
- Po prostu wiemy jak być nowa- wtrąciła Love.
- Dlaczego nadal stoimy?- Zapytałam, zmieniając temat.- Siadajcie, rozgośćcie się. Na razie nie mam niczego, czym mogłabym Was poczęstować, ale obiecuję, że w najbliższym czasie to się zmieni. Muszę tylko wyskoczyć do mojej cywilizacji- uśmiechnęłam się i usiadłam na podłodze przy stoliku. Był tak niski, że można było bez obaw pozbyć się stołków.
- Ja i Love na przykład od dziecka byłyśmy wychowywane bez słodyczy. To tu tak naprawdę po raz pierwszy jadłyśmy czekoladę, czy żelki- powiedziała Hope i usiadła wygodniej na stołku.
- Naprawdę?- Zapytałam zdziwiona.- Jak to możliwe?
- Och, Hope, może najpierw ostrzegłabyś Amy, że nasza rodzina to banda dziwaków?- Love spojrzała na siostrę, lecz zaraz przeniosła wzrok na mnie i kontynuowała- Nasza rodzina nie jada mięsa, jest ekologiczna i w ogóle takie tam pierdoły. Byłyśmy po prostu małymi dziwaczkami od zawsze. Teraz na szczęście nie mieszkamy z rodzicami ani babcią i możemy jeść to co chcemy, ubierać się tak, jak chcemy i robić to, co chcemy.
- Myślałam, że ot ja mam przechlapane, ale patrząc na Was, to chyba jestem nawet rozpieszczona. Ja w sumie miałam fajne dzieciństwo.
- Masz jeszcze jakieś rodzeństwo oprócz tego brata?
- Nie. A wy? Macie rodzeństwo, czy jesteście tylko we dwie?
- Mamy dwóch braci. Bliźniacy- Love wyszczerzyła się.
- Poważnie?
- Mhm. Ale mają teraz pięć miesięcy, więc w sumie to tak, jakbyśmy ich nie miały. Są malutcy i tak naprawdę niewiele wiedzą.
- Ja zawsze chciałam mieć młodsze rodzeństwo, ale w sumie nie wiem, jak zareagowałabym teraz na takiego dzidziusia.
- A ja zawsze chciałam mieć starszego brata, który przyprowadzałby mi swoich kolegów- zaśmiała się Hope.- Może nie byłabym skazana na wieczną samotność.
- A Ty, Amy? Masz chłopaka?
- Miałam, już niestety nie mam.
- Więc tylko Love ma cholerne szczęście- westchnęła Hope.- Ale chyba jest jej to przeznaczone, skoro nazywa się tak, jak się nazywa- spojrzałyśmy na Love, która była bardzo skupiona (co wywnioskowałam po jej minie).
- Wiem!- Krzyknęła Love i wstała.- Już wszystko wiem. Hope, wiesz kto to jest?- zapytała z błyskiem w oczach.
- Ale kto?
- No Amy!
- No Amy, kim ma być?
- Hope, pomyśl trochę- powiedziała z uśmiechem i spojrzała na mnie. Nie wiedziałam, o co jej chodzi.
- Myślę i nie potrafię wymyślić. Możesz w końcu mnie olśnić?- Powiedziała Hope, lekko zirytowana.
- To jest Amy Wyse- odparła Love i jeszcze bardziej się wyszczerzyła.- Od początku mi kogoś przypominałaś- Love zwróciła się do mnie.
- Odkryłaś eurekę. Zaraz Cię walnę- odparła Hope i usiadła poddenerwowana na krześle.
- Amy Wyse, była dziewczyna Jeydona Wale- powiedziała w końcu Love i usiadła na drugim krześle. Hope momentalnie na mnie spojrzała, a jej twarz nieco się rozjaśniła.
- Rzeczywiście- powiedziała Hope i uśmiechnęła się.- Jak mogłam się nie domyślić?
- Pewnie uznasz to za głupie- Love zwróciła się\ do mnie- ale pod pewien czas kopiowałyśmy Twój styl, sposób zachowania i w ogóle wszystko co z Tobą związane- oświadczyła Love.
- Co?
- No, jesteś perfekcyjna.
- Żartujesz sobie teraz, prawda?
- Nie- odparła Hope.- Mam wszystkie ubrania, które miałaś na sobie. To znaczy, nie Twoje, tylko takie same.
- Styl? Przecież ja nie mam żadnego stylu! Ubieram się w to, co mam w szafie, to wszystko.
- W takim razie masz doskonałą szafę. Poza tym, kto nie chciałby kopiować stylu dziewczyny Jeydona Wale?
- Byłej dziewczyny.
- Byłaś na gali!- Krzyknęła Love.
- I tak do siebie wrócicie. Świetna z Was para- dodała Hope.
- Nie, wychodzę. To jest niemożliwe- powiedziałam i wstałam.- Przecież to jest chore.
- A Tobie nigdy nie podobała się żadna gwiazda?
- Owszem, wzorowałam się dawno temu na Demi Lovato, ale ja przeciecz nie jestem żadną gwiazdą!
- Ale byłaś dziewczyną Jeydona Wale, a to wystarczy.
- Nieźle. Nawet nie wiedziałam, ze tak można.
- Pól naszego miasta Cię kopiowało. Masz nawet własny fun club na Twitterze.
- Ty chyba żartujesz...
- Nie.
- Spotkałam się z Haterami, ale z takim czymś... To jest w sumie niesamowite.
- No widzisz- odparła Hope i zapadła cisza. W pewnym momencie zaczął dzwonić telefon Love, więc odebrała.
- Tak?... Ok,... Zaraz będę... Ze mną... A dlaczego?.. Ok, pa- rozłączyła się.- Hope, idziesz? Marcus przyjechał.
- Sam?- Zapytała Hope, nieco zmieszana.
- Nie, z Tomem.
- Ale Amy...
- Nie, spokojnie. Idźcie, przecież nie możecie patrzeć tylko na to, że jestem nowa.
- Ja niestety muszę iść- powiedziała Love.- Marcus to mój chłopak.
- Ok, ok.
- Idziesz czy zostajesz?- Zapytała Love, spoglądając na Hope.- Hope! Tu ziemia! Tom nie ucieknie!
- Co? Ja nie... Och- Hope zaczerwieniła się i wstała- Amy nie pogniewasz się?
- Jasne, ze nie. Spokojnie, możemy to powtórzyć. Jutro też jest dzień.
- Super. W takim razie do zobaczenia- powiedziała Hope i razem z Love przytuliły się na pożegnanie i wyszły.
Wróciłam z kolacji i jak nigdy nie marzyłam o tym, żeby wziąć prysznic. W sali jadalnej było tak gorąco, że nie mogłam już tam wytrzymać. Istna sauna. Zamknęłam dokładnie drzwi od środka, włączyłam po cichu przywiezione przez siebie radio, które stało w łazience i weszłam pod prysznic. Po około pięciu minutach byłam gotowa. Zrobiłam na głowie turban z ręcznika i owinęłam się drugim. Zmyłam makijaż, nałożyłam maseczkę i zrobiłam w międzyczasie peeling stóp. Zmyłam maseczkę, a następnie nałożyłam krem głęboko oczyszczający i odblokowujący pory na noc, po czym dokładnie wyszczotkowałam zęby. Nabalsamowałam ciało masłem kakaowym do ciała i włożyłam krótką koszulę nocną. Włożyłam biały, ciepły szlafrok i białe miękkie kapcie, zdjęłam turban, dokładnie wyczesałam włosy, wyłączyłam radio i poszłam do pokoju. Na moim łóżku siedział... Jeydon.
W pierwszym momencie chciałam szybko wycofać się do łazienki, co okazałoby się chyba najgorszym wyjściem z sytuacji, bo Jeydon zdążył mnie zauważyć. Poza tym pomyślałby, że jestem zwykłym tchórzem i się wycofuję, albo wycofuję się dlatego, że się go boję. To przecież nieprawda. Przez głowę przechodziło mi tysiące myśli na minutę. Nie wiedziałam, czy mam zapytać, jak wszedł, czy może nakrzyczeć na niego i powiedzieć, że nie ma prawa mnie nachodzić, Chciałam zapytać, skąd wie, że jestem właśnie tutaj, ale to okazałoby się chyba najgłupszym pytaniem, jakie mogłabym zadać. Chciałam zapytać, jak udało mu się tak szybko zniszczyć to co nas łączyło. Chciałam zapytać, dlaczego tak bardzo mnie zranił. Chciałam zapytać, dlaczego „woda sodowa” uderzyła mu do głowy. Chciałam zapytać, dlaczego był w stanie tak oszaleć z zazdrości, dlaczego podejrzewał mnie o coś, czego nie byłabym w stanie zrobić nigdy. Chciałam go zapytać, dlaczego uderzył własnego przyjaciela. Chciałam zapytać czy mnie jeszcze kocha, albo zapytać co w tej chwili czuje. Chciałam zapytać, dlaczego tu przyszedł. W końcu chciałam po prostu rzucić mu się na szyję. Chciałam, żeby mnie mocno przytulił. Chciałam, żeby mnie pocałował. Ale stałam w tym progu, jak sierotka Marysia i nie wiedziałam, co mam zrobić, jak się zachować. Nie wiedziałam, czy mam go o coś zapytać, czy mam do niego podejść, czy poczekać, aż to on coś powie. Stałam tam i gapiłam się na niego, jakbym zobaczyła ducha, który jest przyjazny, ale bardzo dużo przez niego wycierpiałam. Nie wiedziałam, co mam zrobić.,
Jeydon stał idealnie naprzeciwko mnie i zachowywał się dokładnie tak, jak ja. Stał i gapił się na mnie. To ja pierwsza się poruszyłam. Zrobiłam krok w... bok. Super, Amy. Naprawdę wielki krok- pomyślałam. Jeydon lekko się poruszył i zaczął:
- Wiem, co teraz chcesz powiedzieć. Po co i jak tu wszedłem, prawda?- Zapytał, a ja potwierdziłam to kiwnięciem głową. Ty idiotko, jak niemowa- skarciłam się w myślach.- Nie przyszedłem się tutaj kłócić. Amy, ja naprawdę zdaję sobie sprawę, że wszystko między nami już jest skończone. Nie zdziwię się, jak zaraz zaczniesz na mnie krzyczeć i mówić, jak bardzo mnie nienawidzisz- jego głos lekko załamał się w tym momencie.- Wiem, że to ja wszystko spieprzyłem i że to ja jestem za to wszystko odpowiedzialny. Nie chce wzbudzać w Tobie litości. Nie przyszedłem nawet prosić Cię o wybaczenie, bo sam sobie tego nigdy nie wybaczę- powiedział, a po jego policzku spłynęła łza. Nie starł jej tylko spuścił głowę. Nie mogłam na to patrzeć. Momentalnie do moich oczu zaczęły napływać łzy.- Napisałaś, że mam nie znikać... Nie potrafię bez Ciebie żyć. Nie potrafię spać, jeść, egzystować. Potrzebuję Cię... Ale muszę wyjechać, bo tak będzie dla nas wszystkich najlepiej. Nie mogę Cię dłużej ranić. To wcale nie jest łatwe... Wciąż Cię kocham, ale moja miłość sprawia Ci ból. Jestem Ci dozgonnie wdzięczny za to, że mogłem być taki szczęśliwy będąc z Tobą. Dziękuję za spędzony wspólnie czas, ale... Musisz iść na przód- powiedział, a ja nie byłam już w stanie nic powiedzieć i oparłam się o ścianę. Moja twarz była już cała mokra od łez i zaczynałam się tak żałośnie zanosić. Nie chciałam, żeby tak wyglądało nasze pożegnanie. Nie chciałam, żeby Jeydon patrzył na mnie taką, ale nie mogłam nic zrobić. Osunęłam się na podłogę i ukryłam twarz w dłoniach. Jeydon odwrócił się do mnie tyłem i otarł łzy. Siedziałam tak przez chwilę, ale w końcu wstałam. Spojrzałam na Jeydona, który znowu odwrócił się do mnie przodem.
- Chciałbym Cię móc przytulić, ale nie chciałbym Ci znowu tym ranić. Wyobrażam sobie, co musisz do mnie czuć w tej chwili... Lepiej będzie, jak sobie już pójdę- powiedział i ruszył w kierunku otwartego okna. Dopiero teraz zorientowałam się, jak się tutaj znalazł. Koło mojego okna rosła spora jabłoń.
- Nie rób mi tego- powiedziałam łamiącym głosem. Jeydon momentalnie się odwrócił.- Nie odchodź. Proszę. Nie wytrzymam bez Ciebie. Kocham Cię, rozumiesz?- Zapytałam i wybuchnęłam płaczem. Jeydon w mgnieniu oka stał przy mnie, delikatnie mnie obejmując. Pozwolił, żebym zmoczyła jego koszulkę. Stał przy mnie tak długo, aż się uspokoiłam. Po chwili oderwałam się od niego, a on spojrzał mi prosto w oczy.
- Miło mi, że tak powiedziałaś, ale chyba oboje wiemy... Och, nie mogę tak dłużej. Strasznie trudno jest się z Tobą rozstawać, ale im dłużej to przeciągam, tym bardziej jestem bezsilny. Muszę iść, tak będzie najlepiej.
- Najlepiej?- Zapytałam podniesionym głosem.- Najlepiej dla kogo? Wiesz ile mnie to wszystko kosztowało? Nie możesz teraz odejść! Potrzebuję Cię!- Rzuciłam mu się na szyję i strasznie mocno go przytuliłam.
- Amy, proszę. Niczego mi nie ułatwiasz...- Powiedział, ale mimo wszystko trzymał mnie mocno w swoich ramionach.
- Co ma jeszcze zrobić, żebyś został? Jeydon, błagam... Nie możesz zostawić mnie samej...
- Muszę iść- powiedział załamanym głosem, jeszcze bardziej mnie do siebie przyciągając.
- Idź, proszę bardzo- powiedziałam i chwyciłam go jeszcze mocniej.
- Amy, nie pomagasz mi...
- A kto powiedział, że chcę Ci pomóc? Wiesz co zrobiłeś?! Wszystko zniszczyłeś! Jak to jest możliwe, że tak bardzo Cię kocham, a tak bardzo nienawidzę? Jesteś największym dupkiem na świecie!- Krzyknęłam i zaczęłam ze złości okładać go pięściami. W końcu puściłam go i osunęłam się na ziemię.- Nie mam siły. Chcę, żebyś ze mną został. Żebyś już nigdzie nie wyjeżdżał. Chce Cię mieć cały czas przy sobie. Jesteś wszystkim...- powiedziałam, a Jeydon klęknął przy mnie. Spojrzał mi prosto w oczy. Po jego policzku spływała łza, którą delikatnie otarłam. Jeydon wplótł mi dłoń we włosy i przytulił swoją twarz do mojej. Siedzieliśmy w ciszy, dopóki n ie zerwał się gwałtowny wiatr.
- Widzisz? To jest kolejny Znak. Nawet wiatr się buntuje.
- Wierzysz w takie bzdury? Pokonaliśmy trochę przeciwności losu.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham- powiedział Jeydon i lekko musnął moje usta. Poczułam w środku taką wielką ulgę. Jakieś niesamowite uczucie, którego nie potrafię opisać. Nadal byłam zła na Jeydona, ale nie potrafiłam go nigdzie puścić. Potrzebowałam go jak oddechu. Jak snu, jak wody... Był dla mnie wszystkim i nie potrafiłam tego zmienić.
- Nie potrafię zmienić przeszłości, ale chciałbym zmienić przyszłość. Już nigdy niczego Ci nie obiecam. I nie rzucę słów na wiatr. Teraz liczysz się tylko Ty. Będę pracował tylko od poniedziałku do piątku. Zmieniłem kontrakt. Tylko bądź, dobrze? Nie mogę Cię już nigdy stracić. ..- Powiedział i czule mnie objął.
- Co teraz będzie?- Zapytałam szeptem, bojąc się odpowiedzi. Jeydon spojrzał tylko na mnie.
- Teraz będziemy tylko my, dobrze?
- A co, jeśli znowu się nie uda?
- Masz wątpliwości?- Zapytał i westchnął, po czym mnie puścił.- Muszę już iść. Nie powinienem tutaj w ogóle przychodzić. Tylko jeszcze bardziej wszystko pomieszałem...
- Jeydon, to nie o to chodzi!- Przylgnęłam do niego, bojąc się, że znowu będzie chciał odejść.
- A o co? Przecież widzę, że nie masz do mnie zaufania...
- A Ty zawsze miałeś?- Zapytałam, czując, że to pytanie zbija go z pantałyku.
- To nie tak, że nie ufałem Tobie... Po prostu... Nie potrafię Ci tego wytłumaczyć. Nawet nie wiesz, co czułem... Byłem tam całkiem sam... Nie miałem na nic czasu, czasami nawet nie sypiałem, bo po prostu nie było czasu. Nie mogłem do Ciebie zadzwonić... A Ty byłaś tutaj z chłopakami, a Ryan cały czas był z Tobą... W sumie to było tak od zawsze. Ryan zawsze miał to, czego chciał. Gdyby wszystko potoczyłoby się tak, ze byłabyś z nim, albo coś by między Wami zaszło... Nie darowałbym mu tego, rozumiesz? To nie byłby pierwszy raz, gdyby odbił mi dziewczynę. Myślałaś, że nigdy nie próbowałem się z kimś związać na poważnie? Próbowałem, ale Ryan zawsze skutecznie mi to uniemożliwiał... nie mogę sobie wybaczyć, ze Cię tu zostawiłem. Powinienem był nigdzie nie wyjeżdżać. Szalałem z zazdrości. Amy, oddałbym wszystko dla Twojego dobra.
- Nadal uważam, że nie zasłużyłam sobie na takie traktowanie. Nie zrobiłam nic, co mogłoby wzbudzić w tobie podejrzenia.
- To nie Twoja wina. Byłem zazdrosny nawet o Justina...
- O Justina?
- No tak. Wiem, to jest chyba najgłupsze, bo Justin ma Cait, przebywał z Tobą najmniej czasu... Ale spróbuj postawić się w mojej sytuacji.
- Już nieważne, ok? Chcę zacząć od początku.
- Kocham Cię- powiedział Jeydon i przytulił mnie.
Jeydon został ze mną do rana. Ja padłam z nadmiaru emocji, a on siedział na krześle przez całą noc. Rano, gdy zadzwonił budzik, pojechał do swojego mieszkania, a ja zaczęłam się szykować do szkoły. Kierowca przyjechał punktualnie i zawiózł mnie do szkoły. Oczywiście wszyscy byli zdziwieni, dlaczego przyjechałam do szkoły z szoferem, w dodatku samochodem z przyciemnianymi szybami. Później dowiedziałam się, że znalazłam sobie nowego sławnego chłopaka i on po prostu dba o moje bezpieczeństwo. Nienawidzę szkolnych plotek. Na angielskim dostałam smsa od Jeydona:
Wiadomość tekstowa od: Jeydon
Siedzisz z Ryanem? Mam nadzieję, że się do Ciebie nie odzywa... Kocham Cię.
Pokręciłam głową i ukryłam telefon pod ławką. Znowu zaczynał to samo. Odpłaciłam mu pięknym za nadobne.
Wiadomość tekstowa do: Jeydon
Tak, siedzę z Ryanem. Właśnie dostaliśmy projekt, nad którym będziemy razem pracować trzy tygodnie. Buziaki.
Kliknęłam wyślij i ukryłam telefon w torbie. Ryan spojrzał na mnie.
- Z kim tak romansujesz?- Zapytał i wyszczerzył się.
- Z nikim, To nie ważne. Jakieś głupoty- odparłam i otworzyłam podręcznik na wskazanej przez nauczyciela stronie.- Czytaj- nakazałam i zagłębiłam się w lekturze.
*********************************************************************************
Żałosne... Oni nie mieli do siebie wrócić, ale... No dobra, uległam Wam, a poza tym to nie mogę sobie ich wyobrazić oddzielnie.
Jeśli ktoś chce być powiadamiany o NN:
Zostaw swój numer GG lub Twittera w komentarzu :) Na pewno się odezwę
+ Proszę o komentarze, opinie i wszystko, wszystko!
XOXO :*
#SWAG
Lil' Monster ♥
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Super,nareszcie doczekałam się ! <3 Kocham twoje opowiadanie !
OdpowiedzUsuńCooo?! Jak to mieli do siebie nie wrócić?! Tak by nie mogło być!
OdpowiedzUsuńW końcu coś o Jeydonie<3 Bo troche to opowiadanie o Jeydonie ostatnio zrobiło się bardziej o Amy...
No tak, bo główną bohaterką jest własnie Amy :)
UsuńChciałam ich trochę skłócić, bo trochę nudziło mi się to love story
Hej kiedy nn ? :)
OdpowiedzUsuńMoże by tak nn? :)
OdpowiedzUsuńSuper <3
OdpowiedzUsuń