piątek, 27 lipca 2012

Rozdział 46


   Cait wyparowała z sali muzycznej szybciej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Wszyscy uważnie odprowadzili ją wzrokiem aż do zakrętu (za sprawą przeszklonych ścian sali muzycznej) i jak na zawołanie spojrzeli na mnie. Uśmiechnęłam się głupkowato, zabrałam swoje rzeczy i uciekłam. Dogoniłam dumnie kroczącą po korytarzu Cait.
- Co do cholery?!- Krzyknęła, gdy chwyciłam ją za przedramię.
- No dzięki- odparłam z wściekłością.- Możesz mi powiedzieć o co chodzi?
- O nic.
- Cait, przecież to widać. Nie możesz się po prostu przyznać?
- Przyznać?- Prychnęła. - Niby do czego?
- Do tego, że chodzisz z głową w chmurach- odparłam i oparłam się o szafkę sąsiadującą z szafką Cait.
- Wcale nie- odparła i otworzyła swoją szafkę z której wysypały się luźne notatki z lekcji.
- A to?- Zapytałam i oderwałam z wewnętrznej strony szafki Cait zdjęcie Justina.
- Zostaw- wyrwała mi zdjęcie i schowała pod stosem książek w swojej szafce.
- A więc?
- Nie zaczyna się zdania od „a więc”- poprawiła mnie Cait i zatrzasnęła swoją szafkę.
- Nie zbywaj mnie.
- Jeej, wisiało tutaj cały czas. Po prostu jakoś nigdy nie pomyślałam żeby je zdjąć- powiedziała Cait wymijająco i ruszyła w kierunku mojej szafki.
- Nie kłam- odparłam i dorównałam jej kroku.
- Nie kłamię...
- Cait, błagam... Nie rób ze mnie debila. Wskaż mi jedną normalną dziewczynę, która trzyma zdjęcie swojego byłego w szkolnej szafce, jeśli nie chce mieć z nim nic wspólnego?
- Oj, przestań już. Zerwałaś je, jest chyba ok, prawda?
- No chyba nie. Cait! Dlaczego sobie nie pomożesz? Przecież Ty go kochasz!
- Nie opowiadaj takich rzeczy głośno- Cait spojrzała na mnie morderczym wzrokiem, zacisnęła usta w wąską linię i jeszcze bardziej przyspieszyła.
- Cait, Ty skończona kretynko- zwróciłam się do niej, ciekawa jej reakcji.
- Nie praw mi morałów, bo sama namawiałaś mnie do tego, żeby z nim zerwać. Poza tym...
- Naprawdę tego nie zauważyłaś? On chce to naprawić!
- A przy okazji chłopaki chcą go zabić- odparła.
- Za to Ty chodzisz jak najszczęśliwsza osoba na ziemi, bo wystukał jednego sms'a!- Otworzyłam z hukiem szafkę.
- Wcale nie jedne...- Cait urwała. Najwyraźniej jej się wymsknęło, z czego byłam teraz niezmiernie zadowolona. Na to właśnie czekałam...
- No, proszę- wyszczerzyłam się.- Cait, szalejesz za nim. On się zmienił. Daj Wam jeszcze jedną szansę.
- A co, jeśli ja już mu ją dałam?- Zapytała tak cicho, że ledwo ją usłyszałam.
- Żartujesz?! Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?
- Bo nie chcę zapeszać. Nie zamierzam budować tego związku tak jak zawsze. Justin przeprosił, ja rzucałam mu się na szyję, a potem zostawałam na lodzie, bo zabawił  jakąś przypadkową panienkę. Nie chcę tak, rozumiesz? Chcę być szczęśliwa, a nie kolejny raz zraniona. Chris miał rację... Ja sama siebie ranię tym, że daję mu kolejne szanse.
- Super... Pewnie wszyscy już wiedzą, tylko ja dowiaduję się ostatnia?-
- Nie, Amy... Wiesz tylko Ty... I chciałabym, żeby tak zostało. Bo jak chłopaki się dowiedzą, to zapewne do mnie też nie będą się odzywać.
- Nie przesadzaj...- Odparłam i zatrzasnęłam szafkę.
- Ja przesadzam? Amy, oni są na Justina wściekli. Zresztą ja też. Potraktował wszystkich jak zwykłe śmieci. Zamienił mnie i chłopaków na Ushera, Scoota, Seana i Chrisa. Mało? Zdradzał mnie, a zapewne o połowie nie wiem. Jeremy i Pattie nie wiedzieli co w niego wstąpiło. Co robił, by ocieplić wizerunek? Zamiast wrócić tutaj do nas chociaż na tydzień, żeby „znormalnieć” popołudniem jeździł do chorych dzieci, a wieczorem szalał na prywatnych imprezach. Czy tak zachowuje się przyjaciel? Nie dziwię się, że wszyscy najchętniej nie odzywali by się do niego do końca życia.
- Ale skoro Justin się zmienił, to chyba można by mu wybaczyć, prawda? Dać kolejną szansę? Ja wiem, że chłopcy stoją za Tobą murem, ale przecież wcześniej Justin był świetnym kumplem. Nie można tak od razu kogoś przekreślać. Tak
- Powiedz to chłopakom. Albo chociaż Jeydonowi.
- No tak... Ale w końcu muszą się ze sobą pogodzić.
- Tak to sobie tłumacz...- Mruknęła Cait i weszła do szatni, a ja za nią. Pierwsze zajęcia z dancehallu mają być podobno bardzo luźne. Będziemy się poznawać, a instruktorka będzie zdradzać szczegóły, ale i tak solidnie się do tego przygotowałam.


   Wróciłam do domu późnym popołudniem, całkowicie wykończona. Rzuciłam w przedpokoju swoją dużą niebieską torbę i padłam na fotel. Z salonu dobiegał dźwięk telewizora, a w kuchni coś się piekło. W całym domu unosiła się woń pieczonego ciasta. Zamknęłam powieki i wyciągnęłam przed siebie nogi.
- Amy, już jesteś. No dalej, rozbieraj się. Zaraz odgrzeję Ci obiad- powiedziała babcia, a jej głos przyjemnie zawibrował w powietrzu.
- Babciu, nie mam siły. Zaraz, ok?
- A po czym Ty nie masz siły? Ściągaj buty, umyj ręce i raz dwa do kuchni. Zrobiłam zapiekankę, taką, jak lubisz- odparła babcia i zniknęła w kuchni.
   Głośno westchnęłam i ściągnęłam buty. Włożyłam je do szafy i odwiesiłam kurtkę. Zaniosłam torbę do swojego pokoju, umyłam ręce i poszłam do kuchni. Babcia już nakładała gorącą zapiekankę na talerz, śpiewając cicho pod nosem. Wyjęłam z szuflady sztućce i usiadłam przy blacie. Rozgrzebałam zapiekankę i zaczęłam powoli jeść.
- Co Ty taka bez życia?- Zapytała babcia, myjąc naczynie żaroodporne, w którym jeszcze przed chwilą była zapiekanka.
- Mieliśmy dzisiaj pierwszy trening. Miał być taki luźny, wiesz, mieliśmy wstępnie wszystko omówić, a tymczasem instruktorka się rozchorowała i mieliśmy zajęcia z jakąś inną. Dała nam taki wycisk...
- Dobrze tak czasem się poruszać...
- Tak, tylko to nie miało nic wspólnego z jakimkolwiek tańcem. Biegałyśmy jak na poligonie, a raz na jakiś czas stawałyśmy i wykonywałyśmy serie ćwiczeń. Mam już dzisiaj wszystkiego dosyć, a muszę jeszcze odrobić zadanie z angielskiego.
- W takim razie deser zrobię trochę później. Sam też ślęczy nad zadaniem, prosił, żeby mu nie przeszkadzać, bo musi ułożyć na jutro jakieś równania, których kompletnie nie rozumie. Tata wszystko mu tłumaczył, ale Sam i tak nic nie rozumie. Za to tata cały czas projektuje tą przebudowę...
- Jaką przebudowę?- Niegrzecznie weszłam babci w zdanie.
- Ach tak, Ciebie nie było dzisiaj przy obiedzie. Tata postanowił, że przebuduje dom, bo ten układ nikomu nie odpowiada.
- Ale jak przebuduje?
- No normalnie. Zburzy wszystkie ściany, bez fundamentów.
- Ale dlaczego?
- No bo chciałby, żeby goście mili gdzie spać, jak przyjadą, a na razie ja zajmuję ten pokój.
- Ale fajnie. Mam nadzieję, że mój nowy pokój będzie lepszy. Ten jest za duży i czasami boję się tam sama spać.
- W moim nadal większość ubrań jest w walizce, a tak miałabym przynajmniej szafę- odparła babcia.- Ale nie ma co narzekać. Ważne, że mamy dach nad głową. A to, że tata ma pieniądze, żeby przebudować dom, utrzymać go i mieć na jedzenie to prawdziwe szczęście. Za moich czasów nie było tak dobrze. Takie luksusy mieli tylko najbogatsi...
- Ale tata jest bardzo dobrym architektem, jeśli nie najlepszym w kraju.
- Oczywiście.
- Babciu, nie gniewaj się, ale muszę już iść do siebie.
- Tak, tak. Daj, ja pozmywam- powiedziała i zabrała mój talerz. Podziękowałam za obiad, nalałam sobie soku i poszłam do swojego pokoju. Postawiłam szklankę z sokiem na biurku i wyjęłam z torby zeszyt i podręcznik do angielskiego. Temat niby banalny („Podaj przykład współczesnej miłości, podobnej do tej z książki Williama Shakespeare'a, uzasadnij swój wybór”), ale miałam z nim trochę kłopotów. Gdy w końcu skończyłam, byłam z siebie bardzo zadowolona. Zajęło mi to dwie strony, a miało być co najmniej na pół. Odłożyłam na bok swój ulubiony długopis z żabą, spakowałam potrzebne rzeczy do torby i włączyłam telefon. Nie miałam żadnych wiadomości, więc odłożyłam go na stolik i zebrałam brudne ciuchy do prania. Zeszłam na dół, wrzuciłam je do pralni i położyłam się na sofie w salonie. Leżałam tak przez dwie godziny, gapiąc się w telewizor. W końcu babcia zawołała Sama i tatę na dół. Na deser mieliśmy naleśniki z syropem klonowym. Szczerze mówiąc nie przepadam za syropem klonowym, ale żeby nie robić babci przykrości, zjadłam wszystko i poszłam do swojego pokoju. Postanowiłam zdrzemnąć się do kolacji, ale już po dziesięciu minutach na dół zawołał mnie tata. Zbiegłam po schodach i poszłam do salonu, gdzie siedział. Masz gościa mruknął, wskazując skinieniem głowy na postać w kapturze, która stała w hallu. Spojrzałam pytająco na tatę, ale ten wrócił już do oglądania jakiegoś teleturnieju w telewizji. Ruszyłam więc do hallu. Zakapturzoną postacią był Justin, który pospiesznie zdjął kaptur z głowy.
- Dlaczego stoisz w hallu?- Zapytałam, patrząc na niego z niedowierzaniem.
- Bo w każdej chwili może mnie zdemaskować jakaś chora fanka. Tu będzie bezpiecznie.
- Nie wygłupiaj się. Chodź na górę.
- Nie chciałbym robić kłopotu. Twój tata chyba nie jest zadowolony, że...
- Chodź- przerwałam mu i lekko popchnęłam go w kierunku schodów. Justin ruszył szybkim krokiem do mojego pokoju.
- Masz chwilę?- Zapytał Justin, gdy zamknęłam za nami drzwi mojego pokoju.
- Czy gdybym nie miała, zapraszałabym Cię do środka? - Zapytałam i skinęłam głową na kanapę, dając Justinowi do zrozumienia, żeby usiadł.
- Nie wiem. Amy, chciałem pogadać. Wydajesz się być jedyną osobą, która mnie rozumie. Wiem, że masz mi dużo do zarzucenia...
- Dobra- przerwałam mu- nie ważne. Lepiej mów o co chodzi.
- Nie wiem, czy Caitlin Ci mówiła, ale dała mi jeszcze jedną szansę. Tylko ona już nie jest taka jak kiedyś. Jest taka zimna, oschła... Boję się, że już nie ma o co walczyć. W dodatku dla wszystkich dawnych przyjaciół jestem tylko wrogiem. Moja kariera podupada, Scoot cały czas na mnie wrzeszczy za ten zerwany kontrakt, mama ma już dosyć tego, że jestem nieobecny, ojciec...- Justin spuścił głowę i głośno westchnął.- Szkoda gadać. Ma nową rodzinę, nie ma dla mnie czasu. Ale nie powinienem mu mieć tego za złe. Jego nowa dziewczyna, Jazzy i Jaxon potrzebują więcej uwagi niż prawie osiemnastoletni syn, który nie radzi sobie z samym sobą. W internecie antyfani robią ze mną, co chcą, fani wytykają błędy... Jestem już chyba totalnym dnem, skoro wszyscy się ode mnie odwrócili. I to na moje własne życzenie. Miałem wszystko, co potrzebne do życia, a tak po prostu to zniszczyłem. Powinienem napisać książkę pod tytułem „Jak zostać największym nieudacznikiem”, albo „Jak stracić wszystko i zostać największym frajerem”.
- Nie mów tak. Myślę, że jeśli się czegoś bardzo mocno pragnie i chce, to da się to naprawić. Zobacz, Caitlin już w jakimś stopniu Ci zaufała. Powinieneś się tylko trochę bardziej postarać. Może ona nie jest gotowa, żeby tak po prostu było tak jak kiedyś? Może spróbujesz znowu sprawić, żeby poczuła, że Ci zależy. Spróbuj ją znowu zdobyć. Wiesz o co mi chodzi?
- Masz na myśli to, żebym znowu zaczął ją zapraszać na randki, albo zabierać na spacery?
- Właśnie o to. Daj jej poczucie bezpieczeństwa.
- A co z chłopakami? Przecież jeśli się dowiedzą, że znowu zbliżyłem się do Cait, to mnie zabiją. Chaz i Chris ostatnim razem dali mi to wyraźnie do zrozumienia. Przecież oni mnie nienawidzą.
- Nie prawda. Wytłumacz im wszystko. To niemożliwe, żeby znienawidzili Cię do końca. Kiedyś byliście przecież przyjaciółmi.
- Tylko jak ja mam im to wytłumaczyć? Oni nie chcą mnie widzieć...
- Zawsze warto spróbować. Wystarczy głupi telefon....
- Jeydon jest cholernym szczęściarzem. Kompletnie nie wiem, czym zasłużył sobie na taką dziewczynę. Powinien przez cały czas nosić Cię na rękach...
- Nie przesadzaj. Nie wiem, czym Ty zasługujesz na Cait, ale postaraj się tym razem tego nie spieprzyć. Ona naprawdę już wiele przeszła, nie pozwól jej więcej cierpieć.
- Wiesz, dziadek zawsze powtarzał, żebym żył tak, żeby żadna osoba nie musiała przeze mnie płakać. A ja ostatnio tylko wszystkich ranię. Jakim trzeba być sukinsynem, żeby nie doceniać tego, co się ma?- Zapytał Justin i wyjął z kieszeni wibrujący telefon. Spojrzał na wyświetlacz i po chwili wcisnął zieloną słuchawkę.- Tak, babciu?... Tak, zaraz będę... Dobrze... Nie, jestem już w drodze... Oczywiście... Tak, na razie.- Rozłączył się i ponownie ukrył telefon w kieszeni swoich jeansów, jak zawsze spuszczonych tak, że każdy mógł zobaczyć, jakiego koloru majtki ma dzisiaj na sobie.- Muszę iść. Dzięki, że znalazłaś chwilę dla dzieciaka poszkodowanego na własne życzenie, który wiecznie się na coś uskarża.
- Nie ma problemu. Możesz na mnie liczyć, ale to nie zmienia faktu, że nadal uważam Cię za skończonego dupka, który potrafi wszystko spieprzyć.
- Jesteś chyba jedyna osobą, którą lubię za szczerość. Dziękuję- Justin stanął naprzeciwko mnie.
- Jasne- odparłam.
- No to na razie- Justin spojrzał na mnie, a po chwili odwrócił się i po prostu wyszedł z mojego pokoju.
- Justin, wierzę w Ciebie- dodałam, gdy zaczął schodzić po schodach. Uśmiechnął się, a ja weszłam z powrotem do swojego pokoju. Włączyłam komputer i zalogowałam się na Twitterze. Dodałam wpis (Wierzę, że każda miłość przetrwa nawet najgorsze) i prześledziłam kilka wpisów znajomych. Wylogowałam się i weszłam na Skype'a, ale nikt nie był dostępny, więc równie szybko go wyłączyłam. Na facebooku też dużo się nie działo, polubiłam tylko kilka stron i wyłączyłam komputer. Wzięłam telefon, który spokojnie leżał na stole i zaniosłam go do łazienki. Wzięłam z garderoby czystą pidżamę i weszłam do łazienki. Powoli rozebrałam się, nucąc pod nosem swoją ulubioną ostatnio piosenkę ( „Kickstart” JLS*) i napuściłam do wanny ciepłej wody. Wlałam swój ulubiony czekoladowy płyn do kąpieli i ostrożnie weszłam do śliskiej wanny. Oparłam głowę o brzeg wanny i w tym samym momencie zadzwonił telefon. Spojrzałam na wyświetlacz i mimowolnie się uśmiechnęłam. Dokładnie wytarłam ręce w ręcznik i wcisnęłam zieloną słuchawkę. Usłyszałam ten znajomy, ciepły i niski głos, który był nienaturalnie spokojny.
- Cześć.
- Cześć. Co tam? Jak wywiad? Czytałam na Twitterze.
- Dobrze. Po co Justin był u Ciebie?
- Skąd wiesz?
- Sam mi napisał. Po co u Ciebie był?
- Chciał pogadać.
- Aha. Super. Myślałem, ze już to przerabialiśmy. Najpierw Ryan, teraz Justin... Ten pierwszy już Ci się znudził?- Powiedział Jeydon na jednym wydechu.
- Słucham?!
- Przepraszam, nie powinienem był tego mówić...
- Ale powiedziałeś. Jeydon, myślałam, że ufasz mi tak samo, jak ja Tobie. Cały czas mnie o coś podejrzewasz. To już nie jest ani trochę normalne. Jutro zadzwonisz do mnie z pretensjami, bo rozmawiam na przerwach z Chazem, czy o to, że zostałam chwilę z Chrisem, bo Cait na chwilę wyszła do łazienki? Mam tego dosyć- rzuciłam i rozłączyłam się. W moich oczach pojawiły się łzy, ale żadnej nie uroniłam, broniąc się szybkim mruganiem. Wyszłam szybko z wanny, osuszyłam swoje ciało ręcznikiem, założyłam pidżamę i chciałam pobiec do łóżka, ale poślizgnęłam się na mokrych kafelkach i niefortunnie upadłam na podłogę, przygniatając swoją nogę całym ciężarem ciała. Słyszałam tylko jak „chrupnęło” i natychmiast poczułam promieniujący ból w okolicy kostki. Jeszcze tego mi brakowało pomyślałam i spróbowałam się podnieść, ale skończyło się na tym, że wyprostowałam obydwie nogi, płacząc z bólu. Moja prawa kostka była już spuchnięta, a ból nasilał się. Przez płacz, którego nie potrafiłam powstrzymać, zawołałam tatę, który natychmiast przybiegł.
- Co się stało?- Zapytał, wbiegając do łazienki o poślizgnął się na mokrych kafelkach. W porę złapał równowagę i spojrzał na mnie.
- Chyba złamałam nogę. Jestem niezdarą- powiedziałam, a tata spojrzał na moją prawą kostkę.
- Jak Ty to zrobiłaś?
- Chciałam iść do pokoju i poślizgnęłam się, tak jak Ty przed chwilą. Upadłam na nogę i stało się.
-Przecież tu zawsze była taka mata- stwierdził tata i uklęknął przy mojej nodze. Złapał ją delikatnie.
- Auuu- syknęłam z bólu, a tata puścił moją nogę.- Była, ale jest w praniu.
- Jedziemy do szpitala. Dasz radę się jakoś przebrać?
- Dam- odparłam i próbowałam wstać, ale prawa noga okropnie bolała, a na jednej trochę ciężko wstać.
- Och, dziecko- tata pokręcił głową i zaniósł mnie do garderoby. Posadził ostrożnie na fotelu i wyjął z szafy jeansy i bluzkę, po czym podał mi ubrania.
- Tato, ja nie dam rady wsunąć nogi do tej nogawki...
- Spróbuj. Przyjdę za pięć minut, tylko powiem babci, że jedziemy.
- Ok- odparłam, a tata opuścił mój pokój. Z trudem założyłam spodnie, a potem bluzkę i pokuśtykałam do pokoju na kanapę. Tata wszedł z książeczką zdrowia do pokoju. Podał mi jakieś tabletki przeciwbólowe, które zaraz popiłam podaną przez niego wodą . Odłożył szklankę na stolik i zaniósł mnie na dół.
-Babcia zostanie w domu, a Sam pojedzie z nami- powiedział tata, sadzając mnie na krześle w jadalni.
-  Sam? Dlaczego on?
- A dlaczego nie?
- Nie możemy pojechać sami?
- Nie. Sam jedzie z nami i już. Powiem tylko babci, że jedziemy. Ubierz kurtkę- tata rzucił we mnie ubraniem i wszedł na piętro. Ubrałam kurtkę i czekałam, aż zejdzie tata, ale wyprzedził go Sam. Zmierzył mnie chłodnym wzrokiem, wziął kluczyki z samochodu, ubrał się i wyszedł. Trzasnął drzwiami, a w tym samym momencie z piętra zeszli babcia i tata.
- O co się znowu pokłóciliście?- Zapytała tata, przechodząc do hallu.
- W ogóle się nie pokłóciliśmy. Zszedł na dół, ubrał się i wyszedł.
- Ciekawe co znowu siedzi mu na nosie- tata pokręcił głową i ubrał buty. Ponownie wziął mnie na ręce i już mieliśmy wychodzić, gdy babcia nas zatrzymała.
- Może ubrałbyś jej chociaż skarpety? Chcesz, żeby się przeziębiła?
- Faktycznie. Amy, gdzie masz skarpety?- Zapytał tata, po raz kolejny kładąc mnie na fotel.
- Nie, tato, błagam. To będzie boleć. Idziemy przecież tylko do samochodu. Nic mi nie będzie.
- No chyba zwariowałaś. Na dworze jest zimno. Jeszcze jest zima. Kto to widział, wychodzić o tej porze roku bez skarpet?- Babcia popatrzyła na mnie z niedowierzaniem.
- Babcia ma rację. Gdzie masz te skarpetki?
- W garderobie, po lewej stronie w czwartej od góry szufladzie.
- To ja idę- odparł tata i ruszył na górę.
- Jak Ty to zrobiłaś?- Zapytała babcia, siadając na krześle, które przyniosła z jadalni.
- Poślizgnęłam się na kafelkach i tak jakoś dziwnie upadłam, przygniatając sobie nogę. Babciu, myślisz, że jest złamana?
- Nie wiem, nie znam się na tym. Ale nie widziałam jeszcze tak sinej i spuchniętej nogi- odparła babcia, drapiąc się lekko po głowie.- Sam był bardzo ruchliwym dzieckiem. Pamiętam jak złamał obojczyk i chodził w tym gipsowym gorsecie. Przy zdejmowaniu gipsu wypadło siedemnaście ołówków i dwa długopisy, które utknęły pod gorsetem, bo Sam się nimi drapał. Pamiętam, że lekarz śmiał się z tego tak, że pielęgniarka przyszła zapytać, czy wszystko w porządku. Niezły był łobuz z tego naszego Sama. Ale nasza Amy też nie była święta- babcia uśmiechnęła się, wstała i przytuliła mnie do siebie. Wtuliłam twarz w jej fartuszek, który pachniał ciastem i nią samą i przymknęłam powieki.
- No, możemy jechać- powiedział tata, zeskakując z ostatnich dwóch stopni.- Tylko najpierw musimy jakoś ubrać te skarpety- dodał i nieco się skrzywił.
- Tato, proszę Cię. Nie zakładaj mi tych skarpet.
- Amy, nie zachowuj się jak mała dziewczynka. Muszę. Będę delikatny- zapewnił tata i klęknął przede mną.
- Taaak, skąd ja to znam. Jak byłam mała, to też tak mówiłeś, a potem odrywałeś mi plaster tak szybko, że bolało jeszcze bardziej, a potem zostawał czerwony ślad. Nie chcę tych skarpet, bo to będzie bolało.
- Amy, uspokój się. Jak dziecko- tata złapał moja nogę i oparł moją nogę na swoim udzie.
- Tatooo- jęknęłam.
- Naprawdę jak dziecko- odparł tata i szybko wsunął mi na nogę skarpetę. Jęknęłam z bólu, a w moich oczach pojawiły się łzy.
- To nie było rozsądne- stwierdziła babcia, kładąc delikatnie moją nogę na ziemi.- Może jednak to ja pojadę z Wami?
- Nie, mamo, absolutnie. Narobisz paniki na całą izbę przyjęć. Pojedziemy, zrobią jej prześwietlenie i założą gips- odparł tata i znowu wziął mnie na ręce.
- Jak chcecie. Ale może lepiej będzie...
- Nie- przerwał babci i wyszliśmy z domu. Sam siedział w swoim samochodzie, który stał już na ulicy. Gdy tylko zauważył, że wyszliśmy z domu, odpalił silnik i włączył światła. Tata posadził mnie na tylne siedzenie, zamknął za mną drzwi, usiadł na miejscu pasażera i trzasnął drzwiami.
- Pasy- przypomniał Sam. Spojrzałam na niego, ale on wlepił wzrok w ulicę. Tata zapiął pas, a ja wywróciłam oczami, ale widząc, że Sam prędzej nie ruszy, zapięłam pas. Gdy usłyszał charakterystyczne „kliknięcie”, które towarzyszy zapinaniu pasów, Sam powoli ruszył.
- Amy, myślałaś o tym, żeby na siedemnaste urodziny dostać samochód?- Zapytał tata, po krótkiej ciszy, jaka panowała w samochodzie.
- Nie- odparłam zgodnie z prawdą.
- To pomyśli i powiedz, jakie masz na oku. Może uda mi się nazbierać tyle pieniędzy.
- Starczy Ci kasy na kupienie młodej samochodu? Przecież będziemy przebudowywać dom- powiedział Sam.
- Ty na swoje siedemnaste urodziny dostałeś elegancki samochód prosto z salonu, a przecież musiałem kupić nowy dom, urządzić go i opłacić wszystko z góry. Niejeden nastolatek dostaje stare auto rodziców albo jakiegoś grata ze złomu. Jeszcze jakieś uwagi na temat kupna samochodu dla Amy?
- Nie- odparł Sam i jeszcze bardziej skupił się na prowadzeniu samochodu.
- Dziękuję. Ostatnio odnoszę wrażenie, że najlepiej by było, gdybyś był jedynakiem albo dorosłym mężczyzną. Czy rodzina nie ma już dla Ciebie żadnego znaczenia?
- Ma.
- Jakie?
- Duże.
- To ja Cię bardzo proszę, żebyś wreszcie zaczął okazywać jakiekolwiek emocje. Bo jak na razie, to tylko cały czas coś Ci nie pasuje- stwierdził tata i włączył odtwarzacz MP3. W głośnikach zabrzmiał Lil' Wayne.
- Tato, możesz przełączyć?- Zapytał Sam, spoglądając na tatę.
- Chyba WYŁĄCZYĆ. Czego Wy słuchacie? Za moich czasów modne było AC/DC, Guns'n'Roses, Metallica, a teraz...
- Lepiej tego, niż jakichś pokemonów. Masz racje, wyłącz to całkiem, bo nie chce mi się z Tobą znowu kłócić. Ty słuchasz sobie tej Metalliki, ja Lil' Wayna i koniec gadki.
- Sam, z Tobą nie da się o niczym pogadać. Co się z Tobą dzieje?
- Nic- warknął Sam, ponownie skupiając się na jeździe.
- Mówiłem?- Zapytał tata, spoglądając na mnie.- Boli?- Zwrócił się do mnie.
- Trochę- odparłam.
- To w sumie dobrze. Ale nie wiem, jak długo będą działać te środki przeciwbólowe. Zapytamy w szpitalu lekarza, co mamy kupić, żebyś mogła przespać noc.
- Ok.
   Tata uśmiechnął się lekko i utkwił wzrok na widoku przed przednią szybą samochodu Sama.

   W domu byliśmy grubo po północy. Było strasznie dużo połamańców takich jak ja, więc musieliśmy poczekać na swoją kolej. Lekarz powiedział, że jeszcze nigdy nie widział, żeby osoba która upadła na podłogę miała złamaną nogę w trzech miejscach i pytał czy na pewno nikt nie zrobił tego specjalnie. Gdy w końcu założyli mi gips, a lekarz wypisał tygodniowe zwolnienie od zajęć lekcyjnych, mogliśmy jechać do domu. Tata komentował to, że rozcięli mi spodnie nożyczkami i to, że musieliśmy czekać tak długo. Po drodze tata wstąpił do apteki, żeby kupić tabletki wskazane przez lekarza i wróciliśmy do domu. Tata opowiedział wszystko babci i wszyscy poszliśmy spać. Babcia kilka razy w nocy sprawdzała, czy śpię, przynosiła mi gorącą herbatę i poprawiała zrolowany koc, który miałam podłożony pod złamaną nogą. W końcu zasnęłam tak mocnym snem, że nie wiedziałam, czy babcia jeszcze przychodzi, czy nie.


*********************************************************************************



*http://www.youtube.com/watch?v=ptgxAqtHvZk



Stać mnie na więcej, prawda?

To dobrze, że Amy udziela rad Justinowi?

#Swag, Little Monster♥

4 komentarze:

  1. Właśnie dobrze że Justin ma poparcie u Amy i że udziela mu rad... Mam nadzieje, że po tej długiej przerwie szybko pojawi sie następny rozdział ;>

    OdpowiedzUsuń
  2. daaaaaaaaaaaawaj nn <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawy rozdział...Zobaczymy jak postąpi Justin...Mam nadzieję że tym razem nie zmarnuje szansy ;p. Czekam na nn :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Jej, nareszcie nowy rozdział! A ja dopiero teraz go czytam ;x nie miałam dostępu do kompa... Jest świetny! To w sumie słodkie, że Jeydon jest zazdrosny o Amy, ale chyba faktycznie przesadza. No ale to i tak urocze. Ale wreszcie coś się dzieje z Justinem i Cait :D moim zdaniem, Caitlin powinna jeszcze chwilę potrzymać Justina, znaczy, zanim znowu z nim będzie, a on powinien być trochę zazdrosny o Chaza. o,o ale i tak, niezależnie od tego jak to przeprowadzisz, będzie świetnie. Czekam z niecierpliwością na nn.

    OdpowiedzUsuń