-Amy, jedziemy po suknie- oznajmiła Cait przez telefon.- Będę po Ciebie za pół godziny. Masz być gotowa. I powiedz Jeydonowi, że nie będzie nas cały dzień...
-Cały dzień?!- Zapytałam, o mało nie krztusząc się masłem orzechowym, który miałam w buzi.
-No. Muszę, to znaczy musimy kupić sukienki, buty, dodatki, torebki...
-Ale cały dzień?
-Amy, jeśli myślisz, że w ciągu godziny znajdziesz te rzeczy, w swoim rozmiarze i w dodatku takie, które będą Ci się podobały, to się grubo mylisz.
-Chcieliśmy jechać z Jeydonem na zakupy...- Spojrzałam na niego. Miał lekko rozczarowaną minę.
-To niech jedzie z Justinem, bo my też nie mamy nic w lodówce. Będę za pół godziny i koniec dyskusji- rozłączyła się.
-Super...- Burknęłam pod nosem.
-Nie będzie Cię cały dzień?
-Na to wygląda...
-Szkoda- Jeydon objął mnie od tyłu.
-Mhm- obróciłam się do niego przodem.- Muszę iść się ubrać, bo Cait będzie tu za pół godziny- musnęłam jego usta.- Może pojedziesz na zakupy z Justinem?
-Dobry pomysł. Przynajmniej nie będę się tak bardzo bez Ciebie nudził.
-Kotek, idę, bo się nie wyrobię- jeszcze raz musnęłam jego usta.
-A może pojedziemy z Wami?- Zapytał Jeydon, łapiąc mnie za nadgarstki.
-Żebyśmy nic nie kupiły? To raczej kiepski pomysł- wyszłam do sypialni. Zabrałam ubrania i poszłam do łazienki. Umyłam się, ubrałam, umyłam zęby, zrobiłam lekki makijaż i spięłam włosy w niedbałego koka. Wyszłam z łazienki, a jakąś sekundę po mnie przyszła Cait.
-Cześć, gołąbki- zawołała, wchodząc do środka.- Jeydon, bardzo mi przykro, ale musisz spędzić ten dzień z Justinem. No i musicie zrobić zakupy- spojrzała na Justina, który wszedł za nią i zamknął drzwi.- Gotowa?- Zwróciła się do mnie.
-Tak.
-Świetnie. To pa, chłopaki- zawołała, wzięła moją kurtkę z wieszaka i pociągnęła mnie za rękę, Nie zdążyłam nawet zasznurować butów, a co dopiero pożegnać się z Jeydonem.
-Czy ja o czymś nie wiem? Masz taki świetny humor, czy próbujesz się zamaskować?- Zapytałam, pochylając się, by zawiązać buty.
-Daj spokój. Cały czas kłócimy się z Justinem.
-Ouuu- wzięłam od niej kurtkę i założyłam ją.
-Dzisiaj poszło o samochód- wcisnęła guzik windy.- Chciałam tylko pożyczyć, ale ten od razu się oburzył, że zarysuję, dowalę gdzieś... Kazał się tłuc taksówką. W końcu zeszła Pattie i powiedziała, że Kenny pojedzie z nami samochodem Justina, skoro nie chce mi go dać. Nawet nie wiesz jaki był wściekły.
-Współczuję Ci. My się już na szczęście pogodziliśmy. Ale było spięcie, jak przyjechaliśmy od was.
-Nie rozumiem, o co mu chodziło. Wy przynajmniej siedzieliście obok siebie, a ja przez tą starą jędzę siedziałam między jakimś rozpieszczonym bachorem, a przepoconym facetem. I bałam się jak cholera. Wysłałam sms'a do Justina, rodziców, a nawet do Chrisa, że ich kocham, przez co zostanę chyba potępiona przez wieki- odparła. Wysiadłyśmy z windy i ruszyłyśmy w stronę samochodu Justina.
-Czasami ich po prostu nie rozumiem...
-Faceci powinni mieć okres. Może to usprawiedliwiłoby chociaż połowę ich zachowań- uśmiechnęła się.
-Dokładnie- odwzajemniłam uśmiech i wsiadłyśmy do samochodu.
-Kenny, to jest Amy, Amy, to jest Kenny, ochroniarz Justina- przedstawiła nas sobie Cait.
-Dzień dobry- uśmiechnęłam się i uścisnęłam jego dłoń.
-Cześć Amy- odwzajemnił uśmiech.- To gdzie jedziemy, dziewczyny?
-To Ty tu jesteś specjalistą. Zawieź nas gdzieś, gdzie będziemy mogły sobie kupić sukienki na galę. Najlepiej do jakiegoś butiku, gdzie kupują gwiazdy- wyszczerzyła się Cait.
-Bo ja wiem, gdzie kupują gwiazdy... Poczekajcie, zadzwonię do Larry'ego. On woził już Miley, Sel i Taylor. Powinien coś wiedzieć.
-Jesteś kochany- odparła Cait i musnęła jego policzek.
Kenny zadzwonił do Larry'ego i po chwili ruszyliśmy do butiku.
-A wiesz, Amy, że chodziłem z Lilly do podstawówki?- Zapytał Kenny.
-Pan znał moją mamę?
-Kenny. Mów mi Kenny. Jasne, że znałem. Kiedyś nawet z nią chodziłem... Ale stare czasy, mieliśmy może wtedy osiem lat. Pamiętam, że zawsze chodziła uśmiechnięta- spojrzał na mnie w lusterku.
-Tak, tata też tak mówi.
-Wyglądasz zupełnie jak ona w Twoim wieku. Chłopaki się za nią uganiali, ale ona była już taka zakochana w Twoim tacie... Tych dwoje było dla siebie stworzonych. Chcecie coś po drodze zjeść?- Kenny zmienił temat.
-Ja nie, chyba, że Amy jest głodna.
-Nie, dzięki, jadłam z Jeydonem.
-Ok. To ja was zostawię trochę w tym butiku, a sam skoczyłbym na jakieś małe śniadanko...
-Jasne- uśmiechnęła się Cait.
-Ta sukienka jest śliczna- stwierdziłam, gdy stałam ubrana w niebieską sukienkę bez ramiączek, sięgającą do połowy ud, z kokardą w talii. Cait już dawno wybrała swoją.- Ale nie mam tyle pieniędzy, a muszę ze kupić buty...
-Hej, wyluzuj. Myślisz, że Jeydon puścił Cię bez pieniędzy? Starczy Ci na dziesięć takich sukienek i na cztery pary butów Laboutin'a.
-Co?
-Jeydon zrobił przelew na moją kartę jeszcze przed wyjazdem. Powiedział, żebym kupiła Ci wszystko, co Ci się spodoba. Tylko nie mów mu, że Ci powiedziałam, bo chyba mnie zabije- wywróciła oczami.- Ok?
-Yyy... Ok- powiedziałam zmieszana.- Głupio mi teraz...
-Dlaczego?
-No bo ta sukienka kosztuje kupę kasy...
-A ja myślę, że dla Jeydona nieważne są pieniądze, tylko to, że ma Ciebie i spełnia swoje marzenia. A pieniądze tylko trochę mu pomagają uszczęśliwiać bliskich. I pewnie tak jest. Dobra, koniec gadki. Bierzesz tę sukienkę, czy nie?
-No nie wiem... Będzie odpowiednia?
-Masz na myśli to, czy spodoba się Jeydonowi?
-No też...
-Poczekaj- wyciągnęła swój telefon i zrobiła mi zdjęcie.- Wyślemy mu zdjęcie i zadzwonimy, ok?
-Mhm- odparłam. Cait wysłała zdjęcie, a zaraz potem zadzwoniła.
-Widziałeś zdjęcie?- Zapytała.- Ok, już Ci ją daję.
-Halo?
-Amy, jest boska. Musisz ją kupić. Wyglądasz w niej cudownie- oznajmił Jeydon.
-Ale ona jest strasznie droga...
-Poproś Cait, żeby Ci pożyczyła- odparł Jeydon trochę za szybko, by zabrzmiało wiarygodnie.
-Yyy, ok?
-No. Masz kupić.
-Dobrze. Kocham cię.
-Ja Ciebie bardziej. A , Amy!
-No?
-Lubisz brokuły?
-Lubię.
-Ok. Bo jesteśmy w tym sklepie i zastanawiam się, czy kupić.
-Możesz kupić.
-Spoko. To pa- rozłączył się.
-I co?- Zapytała Cait.
-Powiedział, że jest boska i żebym ją kupiła- uśmiechnęłam się.
-Mówiłam? Przebieraj się. Jedziemy dalej.
-Ok. Ale masz dzisiaj tempo.
-Nooo... Pattie wróci wieczorem, bo poszła na jakieś spotkanie i chciałam trochę pobyć z Justinem.
-Nieładnie. Ale to świadczy o tym, że chcesz się pogodzić...- wyszczerzyłam się.
-Głupia- uśmiechnęła się.- Zapłać, a ja zadzwonię do Kenny'ego, że już kupiłyśmy sukienki- wręczyła mi kartę.
-Jasne.
-Kenny, teraz musimy kupić buty- Cait oznajmiła, wsiadając do samochodu.
-Znam tylko dwa sklepy. Ten Laboutin'a i jakąś sieciówkę. Gdzie Was zawieźć?
-Wolimy czerwone podeszwy- uśmiechnęła się Cait.
-W sensie, że Laboutin?
-Mhm- odparłam i ruszyliśmy. Sklep Laboutin'a był bardzo blisko tamtego butiku, więc byliśmy tam już po trzech minutach.
-Zadzwońcie, jak będziecie gotowe- Kenny zawołał, gdy wysiadłyśmy z samochodu.
-Oczywiście- krzyknęła Cait. Nasze zakupy nie były wielkie. Zdecydowałyśmy się z Cait na czarne szpilki. Oczywiście takie, w których będziemy mogły normalnie iść. Zadzwoniłyśmy do Kenny'ego i pojechaliśmy do naszego apartamentu.
-Już jesteście?- Zapytał Justin, otwierając drzwi.
-No ty zapewne byś chciał, żebym wróciła jutro, albo żebym w ogóle nie wracała.
-Wiesz co, Cait? To już nie jest w ogóle zabawne. O wszystko się czepiasz.
-Myślę, że Selenka nie czepiałaby się niczego- odparła całkiem poważnie. Justin spojrzał na nią chłodno i spuścił głowę.
-Przecież wiesz, że dla Ciebie...
-Tak, tak. Słyszałam to już- Cait wyminęła go i weszła do salonu.
-To ja poczekam w samochodzie- oznajmił Kenny.
-No co pan... Wchodź Kenny- uśmiechnęłam się. Jeydon spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, gdy szliśmy za Kennym do salonu.
-Opowiem Ci później, dobrze?
-Oczywiście- Jeydon musnął moje usta.
-Zamierzacie się dalej tak na siebie boczyć?
-Zapytaj jego- odburknęła Cait.
-Justin?
-No ale co ja mam zrobić? Cokolwiek jej powiem, to ona od razu wyskakuje na mnie z tą całą Seleną- odparł.
-Cait?
-Jej, zachowujecie się jak dzieci- skomentował Jeydon.- Justin, nie możesz jej przeprosić?
-Niby za...- Justin zobaczył wzrok Jeydona, który mniej więcej mówił „Stary, przeproś ją, przecież widzisz, że nie ustąpi. Niech już będzie po wszystkim”.- Cait, przepraszam, no- podszedł do niej.- Nie złość się już na mnie. Tylko błagam, nie gadaj już o Selenie.
Cait spojrzała na niego.
-A obiecujesz, że już nie będziesz znikał na kilka godzin?
-Obiecuję.
-Na pewno?
-Tak- musnął jej usta. Kenny patrzył na to wszystko lekko rozbawiony.
-No to mamy happy end. Wiecie, nie chciałbym być niemiły, ale no...- Jeydon objął mnie lekko.
-Jasne. Chodźcie, dzieciaki.
-Kenny nie mów na nas dzieciaki, ok?- Oburzył się Justin, chwytając Cait za rękę.
-Dobrze, Panie-Wielka-Gwiazdo. Możemy już iść?
-Możemy.
-Pa- Cait musnęła mój policzek, a potem lekko objęła Jeydona.
-Na razie- rzucił Justin.
-Cześć. Pozdrów ode mnie tatę, mała- Kenny zwrócił się do mnie.
-Oczywiście. Do zobaczenia- zamknęłam za nimi drzwi.- Mam dosyć- rzuciłam się na kanapę.
-A ja miałem nadzieje, że zobaczę Cię w tej seksownej sukience- mruknął Jeydon, odgarnął mi włosy i zaczął całować po karku.
-Mmmm- zamruczałam- mogłabym się stąd nie ruszać... Ale ok, idę się przebrać- podniosłam się z łóżka.- A tak w ogóle, to nieźle spiskujesz z Cait. Dziękuję za sukienkę- pocałowałam go.
-Powiedziała Ci? Miała nic nie mówić.
-No coś Ty, sama bym się nie domyśliła. Cait codziennie ma przy sobie kilkanaście tysięcy.
-Czasami chciałbym, żebyś była mniej inteligentna- pocałował mnie w szyję, a ja poszłam się przebrać.
-Wow- powiedział Jeydon, gdy wyszłam po piętnastu minutach.- Wyglądasz mega hot.
-Nie żartuj sobie teraz. Jak wyglądam?
-Skarbie, przy Tobie te wszystkie Cyrus będą wyglądać jak debilki. Mogą\ mieć na sobie nawet najdroższą sukienkę świata, a i tak będą wyglądać jak strach na wróble. Wyglądasz bosko- podszedł do mnie i zaczął całować moją szyję.
-Kocham Cię- mruknęłam, przerywając pocałunek.
-Ja Ciebie też- musnął moje usta.- Mam coś dla Ciebie- wyszedł do pokoju obok. Wrócił po chwili z pudełeczkiem w ręku.
-Jeydon... Nie.
-Co nie?
-Nie mogę tego przyjąć, cokolwiek to jest. Wydałeś na mnie już wystarczająco dużo pieniędzy. Ta sukienka... Ona kosztowała mnóstwo kasy...
-Amy... Zarabiam teraz kupę forsy. Nie mam jej w co inwestować. Poza tym jesteś kobietą mojego życia, co złego jest w tym, że sprawiam Ci prezenty?
-Choć by to, że są strasznie drogie.
-Kotek... Może najpierw zobaczysz, co to jest?
-Nie, Jeydon. Nie mogę tego przyjąć.
-Proszę Cię... Będzie mi przykro... Mam pomysł. Zamknij oczy.
-Po co?
-No zamknij- nalegał.
-Ok- zamknęłam. Słyszałam, jak Jeydon otwiera pudełko, a po chwili poczułam na skórze chłód.- Już?
-Nie. Nie otwieraj oczu- wziął mnie na ręce i zaniósł do innego pomieszczenia. Postawił mnie na ziemi.
-Już?
-Tak- odparł. Otworzyłam oczy. Staliśmy przed lustrem. Miałam na sobie zwykły, złoty łańcuszek z dużą literką J.
-Jeydon... Jest piękny- dotknęłam literki. Miała kilka diamencików.- Ja nie mogę tego przyjąć- odwróciłam się do niego.
-Amy, proszę... Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy. Gdziekolwiek będę, będziesz miała coś mojego przy sobie. Będę przy Tobie... Proszę, przyjmij ten prezent. Zobacz- odwrócił mnie w stronę lustra- pasuje do Twojej sukienki- wyszczerzył się.
-Nie powinnam...
-Cieszę się, że Ci się podoba- przerwał mi. Odwrócił mnie z powrotem do siebie.- Strasznie pociągająco wyglądasz w tej sukience- mruknął i zaniósł mnie do sypialni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz