sobota, 8 września 2012
Rozdział 47
- Coś mi się zdaje, że ktoś tutaj będzie miał karę na telefon- powiedział tata przy obiedzie, który był moim śniadaniem. Spojrzałam na niego przerażona, a on nagle przeniósł wzrok na Sama, który wlepił oczy w swój talerz, intensywnie coś rozważając. Odłożył łyżkę na białą rozłożoną serwetkę i wyciągnął z kieszeni telefon. Przejrzał uważnie, czy aby nie ma nowych wiadomości i położył go na stole. Ostatni raz mu się przyjrzał i lekko przesunął go w stronę taty.
- Mogę chociaż wiedzieć, za co?- Zapytał smutnym tonem, grzebiąc łyżką w talerzu z zupą.
- Za Twoje zachowanie. Nie uważasz, że trochę za dużo sobie pozwalasz? Twoje ironiczne odpowiedzi, komentarze, spojrzenia... Ale nie tylko Ty będziesz miał karę na telefon. Amy- zwrócił się do mnie- nie mogłaś wyłączyć dźwięków na noc? Telefon przez całą noc dzwonił. Rozumiem, że masz złamaną nogę i ciężko jest Ci się poruszać normalnie, ale mogłaś chociaż poprosić, żeby ktoś ten telefon Ci po prostu podał.
- Przepraszam, ja chciałam go wyłączyć, ale jak w końcu udało mi się dostać do łazienki, to się rozładował.
- Taaak, usłyszałaś o czwartej nad ranem. Nikt do tego czasu nie spał.
- Przepraszam, ja... No nie moja wina, że zasnęłam.
- Oczywiście. Ale telefon mi oddasz.
- Ok- odparłam i niechętnie wyciągnęłam telefon z kieszeni. Położyłam go na stole, a tata zabrał obydwa telefony i wyłączył. Schował je do kieszeni i ponownie na nas spojrzał.
- Babcia chciała Wam coś powiedzieć- oznajmił i upił łyk wody ze swojej szklanki.
- To w sumie nic ważnego, chociaż... Jak tylko Amy wyzdrowieje, muszę wyjechać na jakiś czas do cioci, żeby zaopiekować się Vanessą. Ciocia musi znaleźć pracę, bo nie powodzi im się zbyt dobrze, a jak na razie nie może znaleźć również opiekunki dla Vanessy.
- Wcale się nie dziwię- odparłam pod nosem.
- Amy- tata skarcił mnie wzrokiem.
- To wszystko?- Zapytał Sam, patrząc pytającym wzrokiem na tatę.- Zjadłem, chciałbym iść już do siebie.
- Wszyscy skończyli jeść?- Rzucił pytanie w przestrzeń i rozejrzał się po stole, by sprawdzić, czy wszyscy skończyli jeść obiad. Nie zyskując odpowiedzi, której praktycznie w ogóle nie oczekiwał zwrócił się do Sama.- Możesz.
Sam spojrzał na niego i poszedł na górę.
- Ja pozmywam- oznajmił tata i zaczął zbierać ze stołu naczynia.
- Nie wygłupiaj się. Pomóż Amy przejść do salonu na sofę, a potem idź robić ten projekt, bo w życiu go nie skończymy. Ja pozmywam- odparła babcia i przejęła od niego talerze.
- Na pewno?
- Tak. No idź już, idź- babcia uśmiechnęła się do niego, a na jej twarz spadł kosmyk włosów. Babcia zręcznie odgarnęła go za ucho i poszła z talerzami do kuchni. Tata odsunął moje krzesło i pomógł mi wstać. Zaprowadził mnie do salonu, podłożył pod moją złamaną nogę puf i poszedł do swojego gabinetu. Włączyłam telewizor, w którym jak zwykle nic nie było. Zostawiłam więc program Ellen De Generes. Gościem był Taylor Lautner, gwiazdor „Zmierzchu”. Babcia przez chwilę krzątała się po kuchni, a w końcu przyszła do salonu i usiadła obok mnie.
- Amy, mogę o coś zapytać?- Odezwała się po krótkiej chwili ciszy.
- Jasne- odparłam, nie przerywając oglądania.
- Czy Ty... Pokłóciłaś się ze swoim chłopakiem?
- Eee... No tak- odparłam, spuszczając głowę w dół.
- Jeśli mogę zapytać to... To coś poważnego?- Spojrzała na mnie pytająco i objęła moją dłoń.
- Nie wiem. Jeydon cały czas jest o coś zazdrosny. Nie mogę rozmawiać z Ryanem ani Justinem...
- A może to do końca nie jest tak?- Przerwała.
- To znaczy?
- No wiesz... Jeydon zna ich lepiej niż Ty i może po prostu boi się, że nie Ty, ale oni mogą zrobić coś głupiego.
- Babciu, ale to nie jest powód, by nie mieć do mnie zaufania. Jeszcze nigdy go nie zawiodłam. A to, że zna ich lepiej, wcale nie tłumaczy tego, że prawie zakazuje mi rozmawiania z nimi czy spotykania ich.
- No tak, masz rację. No nic, nie przeszkadzam Ci już więcej. Idę do siebie, kupiłam ostatnio świetną książkę.
- Ok- odparłam, a babcia wstała i poszła do swojego pokoju. Głośno westchnęłam i wróciłam do oglądania Ellen. Nie cieszyłam się długo błogim lenistwem, bo usłyszałam dzwonek do drzwi. Całkowicie zapomniałam o swojej złamanej nodze i zerwałam się do otworzenia drzwi, ale ledwie się ruszyłam, poczułam ciężar swojej prawej nogi w gipsie. Jęknęłam głośno, opadłam z powrotem na kanapę i zawołałam babcię.
- Tak?- Zapytała, wychylając się przez balustradę.
- Ktoś przyszedł- odparłam.
- Już idę- babcia uśmiechnęła się i zeszła na dół.- Swoją drogą, przydałyby
Ci się jakieś kule.
- Racja- odpowiedziałam i odchyliłam głowę w stronę hallu. Babcia otworzyła drzwi i przez chwilę z kimś rozmawiała, namawiając go do wejścia do środka. W końcu trochę nieśmiało do salonu wszedł Ryan, lekko popychany w moim kierunku przez babcię.
- No, dalej. Przecież nie jesteś u nas pierwszy raz. Napijesz się czegoś?- Babcia uśmiechnęła się i stanęła za mną, przy kanapie.
- Nie, dziękuję. Ja tylko na chwilę.
- Dobrze, w takim razie nie będę Wam przeszkadzać. Amy, gdybyście czegoś potrzebowali, to mnie zawołaj, ok?
- Jasne- odparłam i babcia ponownie poszła do siebie.
- W sumie nie wiem, po co przyszedłem. Nie powinienem- powiedział Ryan, gdy babcia lekko trzasnęła drzwiami swojego pokoju.
- Dlaczego?
- Chciałem tylko zapytać, dlaczego nie ma Cię w szkole. Przysłali mnie w imieniu całej grupy z angielskiego- oznajmił Ryan wymijająco.
- Jak widać, mam złamaną nogę- odparłam, zdobywając się na uśmiech.
- Co się stało?
- Poślizgnęłam się na mokrych kafelkach w łazience i tak jakoś niefortunnie upadłam. Nie ma o czym gadać. Od następnego tygodnia będę w szkole. Możesz wszystkim przekazać.
- Ok- tym razem to Ryan uśmiechnął się nieśmiało.- Jak się czujesz?
- Całkiem w porządku- odparłam zgodnie z prawdą. Zapadła cisza. Przyglądałam się Ryanowi, a on swoim butom. Miał na sobie czarną kurtkę, pod spodem czerwoną bluzę, jeansy i czarne supry. Na jego przegubie spokojnie spoczywał znoszony, niebieski sznurek.
- Co to?- Zapytałam, wskazując głową na jego rękę.
- A takie tam. Stare zabobony. Nie ważne.
- Ok- odparłam i ponownie zapadła cisza.
- Chyba powinienem już iść.
- Jak chcesz.
- Trzymaj się- Ryan spojrzał na mnie, wstał i po prostu wyszedł. Wróciłam do oglądania TV, jednak nie mogłam się na tym skupić. Przeszłam do kuchni, skacząc na jednej nodze i co jakiś czas robiąc sobie „przystanek”, chwytając się jakiegoś mebla. Opadłam na krzesło przy blacie i nalałam sobie soku porzeczkowego, bo właśnie taki stał na blacie. Nigdy nie myślałam, że poruszanie się ze złamaną nogą bez jakiejkolwiek pomocy może okazać się takie trudne. Chyba tak naprawdę teraz zaczęłam współczuć osobom bez nogi lub na wózku inwalidzkim. To musi być dopiero dramat. Wypiłam duszkiem sok i odstawiłam szklankę na blat. Zeszłam z krzesła i powolnym „skokiem” dotarłam do sofy. Nie zdążyłam na nią usiąść, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Wywróciłam teatralnie oczami i głośno westchnęłam, po czym weszłam do hallu. Rzuciłam głośne Proszę, drzwi lekko się uchyliły. Po chwili zobaczyłam w nich roześmianą Cait, jednak na mój widok mina jej nieco zrzedła.
- No idź dalej- lamentował się Chris, próbując popchnąć Cait do przodu. Ta po chwili w końcu weszła, a zza Chrisa wyłonił się Chaz.
- Coś Ty zrobiła?- Zapytała Cait, ściągając buty i kurtkę.
- Nie widać?- Odparłam, uśmiechając się pod nosem.
- Rzeczywiście, bardzo śmieszne. Zaraz umrę ze śmiechu- Cait pokręciła przecząco głową i weszła do salonu. Chaz i Chris też ściągnęli już buty i kurtki, i odwiesili rzeczy na wieszaki w hallu. Odwróciłam się i zaczęłam skakać na jednej nodze, ale Chaz i Chris chwycili mnie pod łokcie i „przetransportowali” na sofę.
- No to jak żeś to zrobiła?- Zapytał Chris, usadawiając się obok Cait na sofie. Chaz również usiadł, z tym, że na fotelu.
- Poślizgnęłam się na mokrych kafelkach. Nic wielkiego- odparłam.
- Nic wielkiego? Masz tyle tego gipsu, że na pewno jest złamana- powiedział Chaz, uważnie przyglądając się gipsowej skorupie na mojej prawej nodze.
- Jak dobrze pójdzie, to ściągną mi to za siedem tygodni.
- Siedem tygodni? Do tego czasu, to będzie już ciepło- odparł Chris, zabierając ze stołu pomarańczę.
- Jak się jest urodzoną niezdarą, to tak już jest. Chcecie się czegoś napić?
- Skończ. Niby jak nam nalejesz soku?- Zapytała Cait, kolejny raz uważnie mi się przyglądając.
- Nie jestem sama. Babciu!- Wydarłam się, a zaraz potem babcia wyjrzała przez balustradę.
- O, widzę, że masz więcej gości. Dzień dobry- babcia przywitała się z Cait, Chrisem i Chazem.- A gdzie Ryan?
- Musiał już iść. Babciu, nalejesz nam czegoś do picia?
- Naturalnie- odparła babcia i zeszła na dół.- To czego się napijecie? Mam kompot z truskawek, sok jabłkowy i pomarańczowy. coca-colę...
- Ja poproszę ten kompot- odparła Cait.
- A my colę- Chaz wyszczerzył się do babci.
- Już się robi- babcia odwzajemniła uśmiech Chaza i poszła do kuchni.
- Lubię Twoją babcią- dodał Chris po krótkiej chwili ciszy.
- Jej nie da się nie lubić- odparł Chaz, a babcia przyniosła nam picie i poszła do siebie.
- Ryan tu był?- Zapytała Cait szeptem, ale Chris i tak wszystko usłyszał. Cait spojrzała na niego morderczym wzrokiem, a on zakrztusił się piciem. Chaz uprzejmie poklepał go po plecach, a Chris w końcu złapał oddech.
- Mogłabyś się tak na mnie nie patrzeć? Prawie udławiłem się tą colą!- Chris spojrzał gniewnie na Cait.
- Może wreszcie byłby spokój... Zdaje się, że przyszedłeś tutaj do Sama. Nie przyszło Ci do tego ptasiego móżdżka, że chciałabym pogadać z Amy?- Zapytała Cait, mierząc Chrisa wzrokiem.
- Przecież Wy cały czas o czymś nawalacie. Gęba Cię już nie boli?
- Zjeżdżaj.
- Idziemy Chaz?- Zapytał Chris, wstając.
- Jasne- odparł Chaz, spojrzał ukradkiem na Cait, zabrali swoje szklanki i poszli do Sama.
- Po co Ryan tu był?- Zapytała Cait, rozsiadając się wygodniej na sofie.
- Przyszedł zapytać, dlaczego nie ma mnie w szkole.
- Tylko po to?
- Cait, możesz skończyć? Mam już tego dosyć. Jak nie Jeydon, to Ty. Zmówiliście się?
- Nie. Po prostu widzę, co się kroi.
- Nic się nie kroi. Czy Wy wszyscy macie tu taki brak zaufania?
- O czym Ty mówisz?
- Nie ważne. I tak nie zrozumiesz- odparłam i zaczęłam nerwowo bawić się palcami. Zapanowała cisza, którą przerwała Cait.
- Pokłóciłaś się z Jeydonem?
- Co to ma do rzeczy?
- Przecież wiem.
- Jak wiesz, to po co się pytasz?
- Bo chciałam to usłyszeć od Ciebie. Amy, zrób coś z tym. W co Ty się bawisz? Nie widzisz, że tracisz Jeydona?
- Ja tracę Jeydona? O co Wam wszystkim chodzi, co?!- Krzyknęłam, a w moich oczach pojawiły się łzy.- Nic takiego nie robię, rozumiesz? Nic, co mogłoby się komuś nie spodobać. Ryan to tylko kolega, nic poza tym nas nie łączy. Zrozumcie to wreszcie- wydusiłam z siebie i rozpłakałam się.
- Czemu płaczesz?
- A Ty co byś zrobiła na moim miejscu, co? Wszyscy oskarżacie mnie o coś, czego w ogóle się nie dopuszczam. Tak, to naprawdę cholernie miłe. Wiesz co? Myślałam, że mogę na Ciebie liczyć, że doradzisz mi, zamiast prawić mi kazania, że mnie wesprzesz. A najzwyczajniej w świecie się zawiodłam.
- Nie sądziłam, że kiedykolwiek tak powiesz.
- A ja nie sądziłam, że kiedykolwiek Ty też będziesz mnie o coś podejrzewać- odparłam, ścierając grzbietem dłoni łzę spływającą po moim policzku. Zapanowała głucha cisza, którą raz na jakiś czas przerywały okrzyki chłopaków. Cait w końcu poruszyła się na sofie i spojrzała na mnie.
- Amy, przepraszam. To nie powinno tak wyjść. Chyba trochę za daleko się posunęłam. Przepraszam. Powiem Jeydonowi, że już nie będę Cię kontrolować i nie będę wpieprzać się w Twoje życie...
- Kazał Ci mnie kontrolować?- Przerwałam jej.
- No, nie do końca w takim znaczeniu. Jeydon prosił, żebym miała oko na Ciebie i Ryana, kiedy jego nie ma...
- Super. Zarąbiście. Jest jeszcze coś, czego nie wiem?
- Chyba tylko to, że chłopcy pogodzili się z Justinem.
- Aha- odparłam bez jakichkolwiek emocji.- Traktujecie mnie tak dlatego, że jestem nowa? A może ja naprawdę Wam coś zrobiłam?
- Amy, przestań. Przecież wiesz, że nie...
- No właśnie nie wiem.
Cait nie odezwała się ani słowem, tylko mnie przytuliła. Siedziałyśmy tak przez dłuższą chwilę. Panowała idealna cisza. Oderwałam się od Cait i otarłam z policzków łzy.
- Chyba już powinnam iść. Przyniosę Ci jutro zeszyty- powiedziała Cait i wyszła do hallu. Słyszałam, jak ubiera buty, potem kurtkę, a następnie wychodzi z domu. Otarłam ostatnie łzy i starałam się uspokoić. Gdy mi się to udało, zawołałam babcię, by poprosiła tatę, żeby pomógł mi dotrzeć do mojego pokoju. Tata niechętnie oderwał się od projektu i zaniósł mnie do mojego pokoju, mówiąc, że jutro już na tysiąc procent pojedziemy po te kule, bo on już dłużej tego nie wytrzyma. Wyszedł, trzaskając drzwiami. Włączyłam telefon, w którym było multum nieprzeczytanych wiadomości, nieodebranych połączeń, nagrań głosowych... Chciałabym spędzać z Jeydonem każdą wolną chwilę, ale teraz naprawdę nie miałam na to siły. Nie chciało mi się z nim rozmawiać, pisać... Po prostu położyłam się na łóżku i nie myślałam kompletnie o niczym, bo w głowie miałam dosłownie kompletną pustkę. Ktoś mocno zadudnił w moje drzwi, więc powiedziałam ciche proszę i obróciłam się na bok, żeby zobaczyć kto wchodzi. Justin zamknął za sobą drzwi i usiadł obok mnie na moim łóżku.
- Cześć. Ciężki dzień?- Zapytał, wlepiając wzrok w nutkę na mojej ścianie.
- Nawet bardzo. A jak tam? Trzymasz się?
- Mhm. Udało mi się pogadać z chłopakami. Dobrze, że Cię posłuchałem, bo naprawdę nie było tak źle.
- Jeydona też przekonałeś?
- Jeszcze z nim nie rozmawiałem. Przyszedłem do Ciebie, żeby Ci podziękować. I wręczyć Ci zaproszenie na moje urodziny- spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
- Cait będzie?
- No. Ej, co Ci się stało w nogę?- Justin krytycznie przyjrzał się gipsowej skorupie na mojej nodze.
- Złamana- odparłam.- Chyba sobie nie potańczę.
- Nieee, to nie fair. Na moich urodzinach zabraknie królowej parkietu. Beznadzieja.
- Nie przesadzaj- zdobyłam się na uśmiech i upadłam na poduszki.- Zajęcia z dancehallu poszły się walić, gipsu tak szybko mi nie ściągną, pokłóciłam się z Jeydonem, trochę z Cait... Zdarzy się jeszcze dzisiaj coś, co mnie jeszcze bardziej dobije?
- Pokłóciłaś się z Jeydonem?
- Tak.
- A mogę wiedzieć o co?
- Jeydon podejrzewa, że łączy mnie coś z Ryanem. Ostatnio jak u mnie byłeś, Sam od razu po Twoim wyjściu do niego napisał. Jeydon zadzwonił i zaczął mi wyjeżdżać tekstami, że może znudził mi się Ryan i w ogóle... Jus, mam tego dość. Naprawdę. Cait też twierdzi, że podobam się Ryanowi... Jest świetnym kumplem, ale nic poza tym. I nic na to nie mogę poradzić.
- Rozumiem. Dziwię się tylko Jeydonowi. Dlaczego ma do Ciebie tak mało zaufania? Ani razu go nie zawiodłaś.
- Nie wiem, Jus. Ale to wszystko mnie przerasta. A najgorsze jest to, że jego przy mnie nie ma. Jest tyle kilometrów ode mnie i jeszcze się kłócimy. Chciałam, żeby spełniał swoje marzenia, a tymczasem oddalamy się od siebie.
- To samo było ze mną i Cait. Miałem już coraz mniej czasu. Lepiej dogadywałem się z Chrisem i Seanem niż z chłopakami, bo przecież było łatwiej i spędzałem z nimi więcej czasu niż z Jeyem, Chrisem, Chazem i Ryanem. Czasami bardzo tego żałuję. To znaczy tego, że chciałem być sławny, że chciałem spełnić swoje marzenia. Udało mi się, ale słono mnie to kosztowało. Jestem sławny, mam pieniądze, dom, samochód... Sam na to wszystko zapracowałem. Śpiewam, tańczę. Robię to, co kocham. Ale straciłem przez to przyjaciół, dziewczynę, kontakty z rodzicami, dziadkami...Straciłem coś, czego nie da się kupić za moje ciężko zarobione pieniądze. Dlatego żałuję, że moje marzenia się spełniły. Wolałbym być nadal tym samym chłopakiem. Nie miałbym markowych ciuchów, perfumów, milionów fanek i kupy forsy na koncie, nie jeździłbym ferrari, ale miałbym przyjaciół, których nie można kupić.
- Myślisz, że Jeydon też może tego żałować?
- Amy, on już żałuje. Każdy, gdy zobaczy, co stracił przez sławę i wpływowych przyjaciół, żałuje. Nie znam ani jednej osoby, która by nie żałowała. A jeśli nie żałuje, to znaczy, że pochodzi ze sławnej rodziny i dla niej czymś normalnym jest przyjaźń na zasadzie „coś za coś”.
- Fajnie, że mam z kim o tym pogadać.
- Już nie jesteś do mnie tak wrogo nastawiona?- Zapytał Justin z uśmiechem.
- Już nie tak bardzo, ale jednak trochę jeszcze tak. Na zaufanie trzeba sobie zapracować- odwzajemniłam uśmiech i zrolowałam koc, który podłożyłam pod swoją złamaną nogę.
- Amy, nie obraź się, ale umówiłem się z Cait i muszę się powoli zbierać.
- Nie, no co Ty, jasne, leć. Dałabym Ci kopniaka w tyłek na szczęście, ale teraz nie mam jak- uśmiechnęłam się.- Trzymam kciuki. Powodzenia.
- Nie dziękuję. Na razie- Jus również się uśmiechnął, przytulił mnie na pożegnanie i wyszedł. Westchnęłam głośno i położyłam się z powrotem. Cieszę się, że Cait znowu dogaduje się z Justinem. Że Jus w ogóle dogadał się z chłopakami, to jest dopiero cud... Po chwili babcia przyniosła deser (budyń waniliowy z sosem truskawkowym), który zjadłam w rekordowo szybkim (jak na mnie) tempie, pooglądałam przez jakiś czas TV i w końcu tata przyszedł powiedzieć, że kolacja jest na stole. Pomógł mi zejść na dół (to znaczy jak zawsze mnie zniósł) i usiedliśmy wszyscy przy stole.
- Dlaczego nic nie mówicie?- Zapytał tata po dość długiej chwili ciszy.
- A co mamy mówić?- Ja i Sam odpowiedzieliśmy chórem.
- To jest podejrzane- stwierdził tata, spoglądając kątem oka na babcię.- Jesteście na siebie obrażeni?
- Nie- odparł Sam, rozgrzebując warzywa na swoim talerzu.
- No to pokłóciliście się, prawda?
- Nie.
- Amy?- Tata spojrzał na mnie wymownie, oczekując odpowiedzi.
- Nie gadam z nim, więc się z nim nie kłócę- odparłam, nabijając na widelec brukselkę, która była moim ulubionym warzywem, wśród tych, które miałam na talerzu.
- Sam, o co poszło?- Tata spojrzał na Sama, który bardzo uważnie przyglądał się fasolce szparagowej.
- O nic, nie wiem, o co jej chodzi. Nie odzywa się, to niech się nie odzywa.
- No jasne, dalej zdawaj Jeydonowi relację, kto, kiedy i o której godzinie do mnie przychodzi. Na pewno nie będziemy się przez to kłócić. No co Ty- odparłam, ze złości zaciskając palce na widelcu.
- Nie moja wina, że jak go nie ma, to się z nimi zadajesz.
- Z nimi? To znaczy? Nie można już z nikim gadać, tak?
- Ja tam nie wiem, co Wy robicie- odparł Sam, uważnie przyglądając się mojej reakcji.
- Sam, nie przesadzaj- upomniał go tata.
- Jesteś bezczelny. Nienawidzę Cię!- Krzyknęłam, odsunęłam krzesło, wstałam i zaczęłam skakać do schodów.
- Amy, wróć dokończyć- rozkazał tata, który razem z babcią przyglądali się całej zaistniałej sytuacji/
- Dajcie mi święty spokój! Wszyscy mają mnie za zwykłą szmatę!- Krzyknęłam, wspinając się po schodach.- Mam tego dosyć!- Wybuchnęłam płaczem, ale dalej wspinałam się na górę. Nie miałam zamiaru spędzać z nimi ani chwili dłużej. Gdy wreszcie znalazłam się na górze, „weszłam” do swojego pokoju i rzuciłam się na łóżko. Zaniosłam się płaczem i wtuliłam twarz w swoją poduszkę. Czułam się teraz tak, jakby cały świat był przeciwko mnie. Po chwili moje drzwi otworzyły się i babcia lekko wetknęła głowę do mojego pokoju.
- Amy...
- Daj mi spokój!
- … masz gościa.
- Zostawcie mnie w spokoju!- Krzyknęłam i znowu ukryłam twarz w poduszce. Drzwi zamknęły się. Słyszałam, jak ktoś przechodzi przez pokój i poczułam, jak siada obok mnie na łóżku. Mogłabym przysiąc, że poczułam w powietrzu zapach perfum Jeydona. Ktoś cicho złapał oddech i położył rękę na moim lewym ramieniu. Podniosłam głowę i zobaczyłam Jego...
- Po jaką cholerę tu przyjeżdżałeś, co?!
*********************************************************************************
Wróciiłaaaaaaam
! :D
Przepraszam za długą nieobecność :(
W sumie to i tak się nic tutaj nie działo, więc chyba nie było tak koszmarnie
Wracam z blogiem, ale teraz wszystko zależy od Was^^
Piszemy bloga do 60 Rozdziału? A może jednak dłużej?
Wiem na pewno, że powstanie nowy blog, który nie okaże się taki, jak ten
LM♥
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
W końcu <3 aaaa!! Świetne zakończenie, już chcem wiedzieć co sie będzie działo w następnym rozdziale !
OdpowiedzUsuńDawaj nn za tą długą przerwę :c
OdpowiedzUsuńCieszę się, że ktoś tutaj naprawdę czekał :* Szkoda, ze tak mało osób :c Ale jest dobrze! zastanawiam się tylko nad zakończeniem bloga. Chyba nie mam już zbyt dużej "widowni" :/ Nop i jeszcze startuję z nowym blogiem, mam nadzieję, że okaże się lepszy niż ten :) + szkoła, która dopiero się zaczęła, a ja już jej nie lubię :(
Usuń